Moje sny pełne były demonów czających się w mroku. Gdzie nie spojrzałam, widziałam czerwone ślepia. Biegnąc, czułam na plecach ich wzrok. W pewnym momencie zjawy złapały mnie za stopy. Krzyknęłam, upadając na twarde podłoże. Upiory ciągnęły mnie do siebie w nieprzeniknioną ciemność zalewającą powierzchnię za moimi plecami. Nie miałam czego się złapać, czułam, że zaczynam spadać w dół, coraz niżej i niżej...
Krzyknęłam, otwierając oczy i podnosząc się z miejsca. Zupełnie zdezorientowana próbowałam przegnać mgłę snu, która zasnuła mój umysł jak ciężka kotara, nie pozwalając dostrzec tego, co było jawą. Jeszcze przez chwilę widziałam przed oczami mrok i czerwone ślepia demonów, ciągnących mnie w ciemności dziwnego świata koszmaru. Zacisnęłam powieki i potrząsnęłam głową, wracając do rzeczywistości. Gdzie ja się znalazłam?
Otworzywszy oczy po raz drugi od przebudzenia, rozejrzałam się dokładnie. Leżałam na ogromnym łożu z pościelą białą jak śnieg, znajdującym się w przestronnym pokoju. Pomieszczenie było jasno oświetlone, zapewne dzięki promieniom słońca, które wlewały się do środka przez okna i przeszklone drzwi, zapewne prowadzące na taras lub balkon. Obok mnie znajdowała się drewniana szafka nocna. We wnętrzu pokoju dostrzegłam biurko z krzesłem, obok niego wiszący regał, na którym piętrzyły się opasłe tomy książek z pozłacanymi okładkami. Naprzeciwko łóżka stała szafa. Cały pokój był wykonany z drewna.
Odrzuciłam kołdrę na bok i spuściłam bose stopy na podłogę. Poczułam pod palcami miękki dywan. Spojrzałam na niego. Miał pomarańczową barwę. Zerknęłam znów na szafkę nocną i nagle coś rzuciło mi się w oczy. Leżała na niej karteczka. Sięgnęłam po nią i przeczytałam to, co było na niej napisane:
Hej Cassie!
Jeśli to czytasz, to bardzo się cieszę, że w końcu się obudziłaś! Śpisz już od trzech dni i trochę mnie to martwi. Jeśli mnie nie ma, to znaczy, że znajduję się w Puszczy. Nie próbuj mnie szukać! Wkrótce powinienem wrócić, a wtedy odpowiem na wszystkie Twoje pytania i oprowadzę Cię po Mieście.
Jeśli jesteś głodna, idź do kuchni. Znajduje się praktycznie tuż za drzwiami pokoju w którym jesteś, na końcu korytarza prowadzącego w prawo. Bez trudu ją znajdziesz. Jeśli chciałabyś się odświeżyć, wyjdź z pokoju i skieruj się w lewo. W szafie są nowe ubrania, jeśli chciałabyś się przebrać.
P.S. Odpoczywaj jak najwięcej. Przeszłaś bardzo dużo. Całuję,
Nathan.
Odłożyłam karteczkę na szafkę. Śpię od trzech dni? Trochę mnie to zdziwiło, ale czułam się bardzo odprężona, jak nigdy. Chyba tego potrzebowałam. Za dużo przeżyłam jednego dnia.
Ukryłam twarz w dłoniach. Mama na pewno umiera ze strachu nie wiedząc, gdzie jestem, a ja wypoczywam w miejscu, w którym nie mam pojęcia jak się znalazłam. Przez myśli przelatywało mi tysiące obrazów, jak w kalejdoskopie. Najpierw zwykły dzień, korepetycje, Kate, która okazała się wampirem, przemiana Nathana, dziwna rozmowa z mamą, niezwykła teleportacja, wilki, bernardyn, który wyglądał jak cień psa, z którego wydobywał się dym, ugryzienie, a nareszcie przebudzenie w dziwnym miejscu. Jak to wszystko mogło stać się tak nagle, jednego dnia?
Potrząsnęłam głową, spoglądając na rękę. W miejscu, w którym znajdowała się rana, skóra była owinięta bandażem. Nie bolało, więc uznałam, że zaczyna się goić. Nie czułam też takich objawów, jak trzy dni temu po ugryzieniu bernardyna.
Wstałam z łóżka i od razu poczułam silne zawroty głowy. Zatoczyłam się w bok i straciłam równowagę. Upadłam na kolana. Oddychałam z trudem, a świat wirował mi przed oczami. Mój puls przyspieszył diametralnie, po twarzy zaczęły ściekać kropelki potu. Rana pod opatrunkiem paliła żywym ogniem. Widziałam wszystko na zielono. Zacisnęłam mocno powieki, oparłam dłonie na podłodze i czekałam aż powrócę do normalności.
Nie wiedziałam, czy minęło kilka minut, czy pół godziny, a objawy powoli zaczęły ustępować. Nadal jednak trwałam w tej samej pozycji, bojąc się, że powrócą. Dopiero uspokoiwszy się nieco, powoli usiadłam. Zmęczona, potarłam ręką czoło, ocierając je z potu.
Czułam się bardzo dziwnie, jakbym nie była sobą, a moje ciało przestało mnie słuchać i dyktowało mi warunki. Bałam się, że być może moje objawy są następstwem ugryzienia. Chciałam jak najprędzej powiedzieć o tym Nathanowi.
Ostrożnie stanęłam na nogach, trzymając się jedną ręką łóżka, a drugą szafki nocnej. Trzęsły się pode mną, ale zdołałam przejść kilka kroków w kierunku drzwi. Nacisnęłam klamkę i znalazłam się na korytarzu, który wyłożony był ciemnopurpurowym dywanem. Niebieskie lampy wisiały na ścianie co kilka kroków, rozpraszając mrok i wskazując drogę.
Czując się pewniej na nogach, ruszyłam korytarzem w prawo. Już po chwili znalazłam się w schludnie urządzonej kuchni. Na środku znajdował się stół wraz z kilkoma krzesłami. Pod ścianą stała lodówka, obok kredens wyposażony w zestaw noży, widelców i łyżek oraz zmywarka. Na ścianie wisiały zwoje kiełbasy, suszone papryczki chili, cebula i suszone grzyby oraz zioła, które roztaczały aromatyczną woń.
Przeszłam przez pomieszczenie i stanęłam przed lodówką. Otworzyłam ją, a w jej wnętrzu znalazłam szynkę, ketchup, sałatki, śmietanę, ser i wiele innych produktów. Wyjęłam je na stół. W kredensie znalazłam chleb i talerze. Wzięłam nóż i ukroiłam kilka kromek. Położyłam na nich szynkę, plasterki kiełbasy, ser, polałam po tym ketchupem, otworzyłam plastikowy pojemnik z jedną z licznych sałatek jarzynowych i zabrałam się do jedzenia.
Syta i pewna siebie, wyszłam z kuchni, kierując się do łazienki. Znajdowało się w niej wszystko, czego potrzebowałam: ręczniki, płyn, żel pod prysznic, odżywka, gąbka i wiele innych kosmetycznych produktów. Zrzuciłam z siebie ubrania, wkładając je do kosza na brudną odzież i weszłam pod prysznic. Czując na skórze ciepły strumień wody, westchnęłam z ulgą.
Odświeżona i zawinięta w ręcznik, skierowałam się znów w stronę mojego pokoju. Nacisnęłam klamkę, otwierając, a później zamykając za sobą drzwi. Zastanawiało mnie to, że cały czas panowała cisza. Nie słyszałam gwaru, ani nie zauważyłam żadnego człowieka. Jedynie list od Nathana był potwierdzeniem, że nie jestem sama w tym miejscu, o którym kompletnie nic nie wiedziałam.
Stanęłam przed szafą, otwierając ją. Znajdowało się w niej dużo rozmaitych ubrań. Dla siebie wybrałam szafirową koszulkę i brązowe szorty. Zamykając szafę, usłyszałam za sobą jakiś szmer. Odwróciłam się gwałtownie i krzyknęłam z zaskoczenia.
Naprzeciw mnie, oparty o przeszklone drzwi, stał najzwyczajniej w świecie chłopak. Był wysoki i przystojny. Miał ciemnobrązowe, rozczochrane włosy oraz zielone oczy, które wpatrywały się we mnie badawczo. Był ubrany w zieloną koszulę z podwiniętymi rękawami oraz czarne dżinsy ze srebrnym paskiem. Na nogach miał czerwone trampki, a przez ramię przewiesił czarną torbę.
Wystraszyłam się tak bardzo, że omal nie puściłam ręcznika, którym byłam owinięta.
- Spokojnie, przepraszam cię.- powiedział, zakrywając się rękami i śmiejąc.- Nie patrzę, możesz się przebierać.
- To nie jest śmieszne! Kim ty w ogóle jesteś? I dlaczego wszedłeś bez pukania?
- Arti, Strażnik. Chciałem sprawdzić, kto kręci się po mieszkaniu Nathana, kiedy on sam jest w Puszczy.
Nagle odczułam, że kiedyś już takie imię słyszałam, a a on sam wydał mi się dziwnie znajomy.
- Czy my się już nie spotkaliśmy?- spytałam.
- Możliwe.- odpowiedział z uśmiechem.- Na pewno taka piękna dziewczyna jak ty musiała rzucić mi się w oczy.
- Przestań.- powiedziałam, śmiejąc się.
- Dobra, jeśli nikt obcy nie kręci się po mieszkaniu Nathana... jesteś jego dziewczyną, tak? To ja już chyba pójdę. Nie możesz cały czas siedzieć w ręczniku.
"Jego dziewczyną". Te słowa uderzyły we mnie jak piorun. Poczułam, że się czerwienię. Nie, oczywiście, że nie byliśmy razem. Nawet nie myślałam o czymś takim, chociaż... Nathan bardzo mi się podobał. Dlaczego jednak taka dziewczyna jak ja, zwykła, "nie z jego świata", miałaby być z takim wspaniałym Strażnikiem? Wydawało mi się to niemożliwe.
Najgorsze, że przed tym, gdy trzy dni temu podczas pełni księżyca straciłam przytomność w ramionach Nathana, on coś do mnie mówił. Wiem, że nie było to ważne, ale miłe. Szkoda, że nie mogłam sobie przypomnieć, co wtedy powiedział. Pamiętam tylko nic nie znaczące strzępy rozmowy. Postanowiłam zapytać go o to, gdy tylko go znajdę.
Zorientowałam się, że Arti macha mi ręką przed twarzą.
- Jesteś tutaj jeszcze?- spytał, patrząc na mnie.
- Tak, tak, zamyśliłam się.- powiedziałam zgodnie z prawdą.
- Okej, jak coś, mieszkam w pomarańczowym domu, tuż obok apartamentu Nathana.
- Dobra, zapamiętam.
- W takim razie do zobaczenia?
- Może być.- powiedziałam z lekkim uśmiechem.
- Jeszcze wpadnę. Mam nadzieję, że następnym razem trafię na lepszy moment.- odpowiedział, śmiejąc się.
Arti otworzył drzwi i wyszedł na zewnątrz. Odwrócił się do mnie po raz ostatni i zniknął mi z oczu. Cały czas nurtowało mnie niezbite poczucie, że kiedyś spotkałam już tego chłopaka. Miałam wrażenie, że nawet całkiem niedawno, ale niestety nie mogłam sobie przypomnieć ani gdzie, ani kiedy, ani w jakich okolicznościach. Zupełnie tak, jakby ktoś wymazał mi pamięć, chociaż- to przecież niemożliwe. Czy na pewno? Na to pytanie nie potrafiłam znaleźć odpowiedzi.
Przebrałam się w stroje, które sobie wybrałam. Gotowa, podeszłam do tych samych przeszklonych drzwi, przez które wyszedł Arti. Jak się przekonałam, prowadziły na balkon, a widok zaparł mi dech w piersiach.
Wszystko, co widziałam przed oczami, wyglądało jak obraz z bajki. Przede mną, jak okiem sięgnąć, rozciągał się ogromny Kanion. Przypominał trochę ten, który widziałam w Colorado na wycieczce szkolnej, ale był dużo węższy i głębszy. Słońce nadawało mu specyficzną, pomarańczową barwę, lecz nie oświetlało partii dolnych, które były pogrążone w cieniu i mroku. Spojrzałam na dno Kanionu, by dostrzec najprawdopodobniej rzekę. Z mojego punktu widzenia wyglądała jak cieniutka, niebieska nić wijąca się w ciemnościach. Przyjrzałam się dokładniej i dostrzegłam, że na dnie pada... śnieg! Kanion musi być ogromnie głęboki, pomyślałam. Apartament Nathana był usytuowany dokładnie na jego końcu.
Po obu stronach gigantycznej "szpary" w ziemi rozciągało się malownicze Miasto. Były tam zarówno strzeliste i kamienne budowle, jak i małe, drewniane domki pokryte różnokolorowymi dachami. Nigdzie jednak nie zauważyłam człowieka. Zabudowania otaczał ogromny las, ciągnący się aż po horyzont zamglonych wzgórz. Pewnie to ta niebezpieczna Puszcza, pomyślałam.
Stałam jak wryta, z szeroko rozdziawionymi ustami. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom, a na usta cisnęło się pytanie: gdzie ja jestem? Jeszcze trzy dni temu byłam w ogromnym mieście, pełnym fabryk, bloków i zanieczyszczeń, brudu oraz zakorkowanych ulic, a teraz? Jestem w miejscu, które otwiera przede mną ogromną przestrzeń! Marzyłam o tym od tak dawna!
Opanowawszy w pewnym stopniu zdziwienie, nabrałam w płuca haust świeżego, krystalicznie czystego powietrza. Westchnęłam z ulgą, a na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Mimo, że martwiłam się co powie mama, gdy wrócę do domu, w którym nie było mnie od trzech dni oraz zastanawiałam się, czy ugryzienie bernardyna ma zły wpływ na moje zdrowie i nie wiedziałam gdzie jestem, perspektywa spędzenia "tutaj" jakiegoś czasu napełniała mnie optymizmem. Potrzebowałam odpoczynku. Dużo.
Podeszłam do schodów, znajdujących się po lewej i prawej stronie. Prowadziły w dół, na ziemię. Stąpając po stopniach, byłam z uwielbieniem wpatrzona w Kanion, Miasto i widoczną za nimi Puszczę. Mimo zakazu Nathana, postanowiłam odszukać go w lesie. Jeśli on tam jest, nie może być aż tak niebezpiecznie, pomyślałam.
Stanąwszy na ziemi, odeszłam kilka kroków od schodów i budynku, by przyjrzeć mu się z daleka. Prezentował się interesująco. Miał dwa piętra oraz płaski dach. Był wykonany z jasnego drewna. Pod jedną ze ścian obłożoną kamieniami ustawione były bele drewna. Wielkie okna, przeszklone drzwi oraz balkon wyglądały pięknie, a rośliny wokół domu dodawały mu uroku. Rozpoznałam kilka krzewów kwitnących oraz kwiaty. Były tam azalie, orchidee, forsycje, żonkile, róże, bratki, bławatki, maki, ale także stokrotki i narcyzy. Za niebieskim płotem po lewej stronie rosły: aronie, grusze, śliwy, jabłonie, wiśnie oraz porzeczki. Znajdowało się tam jeszcze wiele innych gatunków roślin, których nie potrafiłam rozpoznać. Wychodzi na to, że Nathan jest zapalonym ogrodnikiem, pomyślałam. Kwiaty były zadbane i wyplewione, bez chwastów. Podobnie drzewa i krzewy. Wszystko kwitło i mieniło się tęczowymi barwami.
Zdziwiona, odwróciłam się i pewnie ruszyłam w kierunku zabudowań. Nie wiedziałam, gdzie podział się Arti, ani gdzie są mieszkańcy. Było stanowczo za cicho. Słońce prażyło niemiłosiernie. Wkraczając między domy, obserwowałam otoczenie. Żaden dźwięk nie dotarł do moich uszu. Gdzie są wszyscy? Czyżby schowali się w domach? Dlaczego?
- Halo? Jest tu ktoś?- spytałam.
Nikt mi nie odpowiedział. Nie dostrzegłam też żadnego ruchu, żadnego szeptu, czy urywku rozmowy. Zaczęłam się niepokoić. Małe miasteczko wyglądało na opuszczone. Nie, ktoś musi tu mieszkać, zawyrokowałam. Gdyby nikogo tutaj nie było, do kogo należałyby te wszystkie domy? Nathan i Arti na pewno nie są jedynymi Strażnikami. Rozglądając się dokładnie wokół, krok za krokiem zbliżałam się do granicy Puszczy.
Wkroczyłam między drzewa. W lesie panował półmrok. Gałęzie dawały upragniony cień, nie przepuszczając choćby najmniejszego promienia słońca. Były tu przeważnie drzewa liściaste, ale dostrzegłam także kilka iglastych gatunków. Podążałam naprzód ścieżką, ledwo widoczną w panującym cieniu. Nie słyszałam żadnego śpiewu ptaków, jedynie lekki wiatr poruszający gałęziami i szeleszczący w potężnych koronach drzew. Zagłębiałam się coraz bardziej w las, w którym nic nie zakłócało spokoju i ciszy. Czułam się, jakbym trafiła do krainy, w której czas stanął w miejscu. Obejrzałam się za siebie, stwierdzając, że nie będę miała kłopotu ze znalezieniem drogi powrotnej. Nawet z dalekiej odległości dokładnie widziałam budynki prześwitujące przez gałęzie.
Idąc, niespodziewanie poczułam, że grunt ustępuje mi spod nóg. Krzyknęłam, odwracając głowę. Zdołałam tylko zobaczyć, że wpadam do jakiejś dziury, której wcześniej tam nie było. Sekundę później zostałam pochłonięta przez ziemię.
Upadłam z jękiem i krzykiem. Rozglądałam się panicznie na boki, ale nie potrafiłam nic dostrzec. Wokół otaczała mnie ciemność. Podłoże było gładkie, a ja zaczęłam zjeżdżać w dół nieznanym tunelem, z każdą chwilą nabierając prędkości. Nie miałam czego się złapać. Z przerażeniem darłam paznokciami o ziemię, próbując zwolnić. Bez skutku. Obijałam się od ścian, bezsilna.
Sekundę później znalazłam się w powietrzu. Wrzasnęłam, czując, że spadam. Wymachując rękami, uderzyłam o podłoże. Czując, że znów zaczynam się ślizgać, z trudem wstałam na nogi, próbując za wszelką cenę utrzymać równowagę. Nie było to proste. Przerażona, nie wiedziałam dokąd zaprowadzi mnie tunel. Wszystko działo się niesamowicie szybko.
Nagle coś błysnęło, a ja zobaczyłam... lampy! Oświetlały mi drogę w mroku, gdy sunąc z zawrotną prędkością przemierzałam kolejne odcinki tunelu. Próby zahamowania w dalszym ciągu nie dawały rezultatu. Spojrzawszy naprzód, zamarłam.
W oddali dostrzegłam koniec tunelu. Stanowiła go naga ściana, usiana ostrymi szpikulcami. Krew odpłynęła mi z twarzy. Zaczęłam gorączkowo myśleć. Co tu robić, ja się zaraz zabiję! Rozglądałam się na boki, szukając jakiegoś uchwytu, czegokolwiek co uratuje mnie przed rychłą śmiercią. Nic! Tunel stanowiły gołe ściany. Moje serce chciało wyskoczyć z piersi, a ja w panicznym strachu nie wiedziałam, co zrobić. Lampy zgasły, a ja wciąż sunęłam naprzód, w ciemnościach.
Jest! Szkoda, że wcześniej na to nie wpadłam! Cień przy jednej ze ścian! Przybliżyłam się do niego, krok po kroku. Już to robiłaś, Cassie, spokojnie, to teleport, mówiłam sama do siebie. Gdy byłam już niebezpiecznie blisko szpikulców, krzyknęłam i rzuciłam się na ścianę. Poślizgnęłam się i przekoziołkowałam, ale uniknęłam śmierci. Przez chwilę widziałam przed oczami tylko mrok i czułam, że znów lecę w powietrzu.
Nagle upadłam na wilgotną trawę. Przeturlałam się po niej kawałek i znieruchomiałam, leżąc na plecach. Odetchnęłam głęboko i z ulgą. Nad sobą widziałam skrawek nieba, oraz liście na gałęziach drzew. Oddychałam płytko i szybko, przepełniona adrenaliną. Nigdy więcej, pomyślałam. O mało się nie zabiłam! To cud, że jeszcze żyję. Nathan miał rację mówiąc, że Puszcza jest niebezpieczna, a ja nie powinnam go szukać. Roześmiałam się histerycznie.
Leżałam tak kilkanaście minut. Gdy wreszcie postanowiłam podnieść się z ziemi, poczułam lekkie pieczenie ramienia. Spojrzałam na nie, zauważając, że moja bluza i koszulka są rozcięte, a skórę zdobi nieduża rana. Pewnie drasnął mnie jeden ze szpikulców, pomyślałam.
Dźwignęłam się z ziemi, rozglądając wokół. Gdy uświadomiłam sobie, że zgubiłam się w lesie, ogarnął mnie strach. Stałam gdzieś w środku Puszczy, ciągnącej się kilometrami. Nie wiedziałam, w którą stronę iść. Co ja najlepszego zrobiłam? Trzeba było zostać w domu Nathana i spokojnie na niego czekać! Nie miałam lepszego pomysłu, jak tylko ruszyć naprzód, modląc się, by nie spotkało mnie już nic złego. Może poszczęści mi się i go spotkam, chociaż nie wierzyłam w to aż tak mocno.
Od marszu przeszłam do biegu. Mijałam wiele drzew, przeskakując przez korzenie i zwalone pnie. Ramię piekło, ale nie zważałam na to. Przebijałam się przez gęste krzewy, przechodziłam przez małe wąwozy i strumienie. Zaczynałam już tracić nadzieję, kiedy nagle usłyszałam dźwięk.
Stanęłam jak wryta, wytężając słuch. Z oddali dobiegły mnie krzyki, pojękiwania oraz szczęk oręża. Nie mogłam pohamować radości.
- Nathan!- krzyknęłam, pędząc w kierunku źródła odgłosów.
Niespodziewanie zza drzewa wyłonił się metalowy pręt, mknąc prosto na mnie. Zdziwiona upadłam, zapobiegając bolesnemu uderzeniu. Sekundę później ujrzałam, że z gałęzi powyżej spadają na mnie ostrza. Przeturlałam się na bok, przerażenia, kiedy broń wbiła się w ziemię, gdzie przed chwilą leżałam. Zerwałam się do biegu. Nagle pod moimi nogami pojawiła się zapadnia z kolcami na dnie. Skoczyłam nad nią, krzycząc ze strachu, zauważywszy, że szybuję wprost na płonącą obręcz. Podkuliłam nogi i przerażona przeskoczyłam przez nią, czując żar na skórze. Upadłam na ziemię i od razu przekoziołkowałam w lewo, unikając najeżenia strzałami. Nie miałam czasu nawet odetchnąć, gdzie nie pobiegłam, tam pułapki. Co to miało znaczyć?
Wstałam i z powrotem przywarłam do ziemi, kiedy toporek wbił się w drzewo tuż za mną. Prawie rozciął mi czaszkę na dwie części! Zerwałam się z ziemi do szaleńczego biegu na oślep. Rozglądając się na boki, nie zauważyłam sznurka przywiązanego do drzew, między którymi przebiegałam. Zahaczyłam o niego nogami i jak długa runęłam na ziemię. Moje nogi zaplątały się w linę. Gorączkowo próbowałam wyplątać je ze sznurka.
Wrzasnęłam, gdy tuż obok mnie mnie wylądował odbezpieczony granat. Odrzuciłam go za siebie najdalej jak umiałam, wyplątałam się ze sznurków i skoczyłam w momencie, gdy pocisk eksplodował. Siła wybuchu odrzuciła mnie kilka metrów dalej i cisnęła o ziemię. Jęknęłam, zasłaniając głowę rękoma. Posypały się na mnie kawałki ziemi, mchu, krzaki, drewno i skałki. Leżałam tak, próbując zrozumieć, skąd te niebezpieczeństwa. Bałam się wstać, by coś znowu mnie nie zaatakowało. Z drugiej strony perspektywa leżenia bez ruchu też nie była dobra. Serce biło mi jak szalone, a w uszach wciąż słyszałam wybuch. Co jeszcze przeżyję w tej okropnej Puszczy?
Wstałam, pojękując. Nie miałam poważniejszych obrażeń, nic poza paroma siniakami i obtarciami. Wyszłam z tego bez szwanku. Dalej nie mogłam uwierzyć: w co ja się wpakowałam?
Nie próbowałam biec. Byłam zbyt zmęczona. Mój mózg nie rejestrował wszystkich wydarzeń tak szybko. Chciałam się wydostać z tego przerażającego lasu, w którym na każdym kroku czai się śmierć!
Szłam po terenie płaskim. W dalszym ciągu otaczały mnie drzewa, ale teraz teren zmienił się z trawy w twardą, ubitą ziemię.
Nagle zauważyłam pęknięcie w glebie. Stawało się coraz szersze i kolejne kawałki ziemi zaczęły zapadać się w ziemi! Pode mną tworzyła się czarna otchłań. Przerażona, zerwałam się do biegu, by uciec. Biegłam między drzewami, a podłoże kruszyło się mi pod nogami. Gdy już wydawało mi się, że niebezpieczeństwo minęło i zwalniałam, pęknięcia doganiały mnie ze zdojoną szybkością. Byłam zmęczona, dyszałam ciężko. Kilka razy potknęłam się. Musiałam szybko zrywać się z ziemi, by nie zapaść się w nią i nie zostać pogrzebana żywcem.
Nagle zahamowałam, nie mając już dokąd biec. Przede mną był klif, a na jego dnie płynęła głęboka i wartka rzeka. Obejrzałam się. Nie miałam odwrotu. Wszędzie rozciągały się pęknięcia. Z ziemi nic już nie zostało. Gdy szpary dotarły do moich stóp, krzyknęłam i skoczyłam. Spadałam prosto do rzeki. Panicznie bałam się, że natrafię na podwodną skałę i zabiję się na miejscu, ale nic takiego się nie wydarzyło. Sekundę przed upadkiem zauważyłam dość potężny konar wystający nad wodą. Przelatując obok, uczepiłam się go jak tonący brzytwy. Szarpnęło mną, ale nie puściłam. Wisząc nad przepaścią, odetchnęłam z chwilową ulgą. Niestety, w następnej kolejności usłyszałam trzask pękającego drewna. Przeraziłam się. Nagle stało się to, czego najbardziej się obawiałam - konar oderwał się od drzewa, a ja znów poszybowałam w dół.
Z wrzaskiem wpadłam do wody. Siła rozpędu cisnęła mną o dno. Wierzgnęłam rękami i nogami, próbując wydostać się na powierzchnię. Wokół mnie widziałam miliard bąbelków. Byłam zdezorientowana i oszołomiona.
Nagle coś ciężkiego przygniotło mnie do dna. Próbowałam się uwolnić, ale nie dawałam rady. Zorientowałam się, że to konar, którego jeszcze przed chwilą rozpaczliwie się trzymałam. Chciałam wydostać się odpychając go od siebie, ale był za ciężki. Płuca paliły mnie od zbyt długiego wstrzymywania powietrza. Zebrałam wszystkie siły i naparłam na drzewo. Przed oczami zobaczyłam mroczki, ale nie odpuściłam. Chwilę później drzewo drgnęło. Użyłam jeszcze więcej energii i ostatkiem sił zepchnęłam z siebie konar. Zamachnęłam się kilka razy rękoma, a prąd ułatwił mi wydostanie się na powierzchnię. Zaczerpnęłam haust powietrza w palące płuca. Łapczywie oddychałam, gdy prąd porywał mnie naprzód. Co kilka sekund zanurzałam się, to znowu wynurzałam, próbując utrzymać się nad taflą wody. Płynęłam coraz szybciej.
Nagle usłyszałam szum. Zwiększał się wraz z płynięciem naprzód. To, co zobaczyłam przed oczami chwilę później, sprawiło, że omal nie zemdlałam z przerażenia.
Przed sobą ujrzałam koniec rzeki. Nie w postaci brzegu, ale wodospadu. Odwróciłam się i rozpaczliwie próbowałam płynąć w przeciwnym kierunku. Niestety, tylko spowolniłam to, co było nieuniknione. Będąc nad samą krawędzią zamknęłam oczy i czekałam.
Sekundę później znalazłam się w powietrzu. Spadałam spiralnie w dół, machając rękoma i krzycząc wniebogłosy. Po chwili z całym impetem uderzyłam o spienioną taflę wody. Wpadłam do małego, ale głębokiego jeziorka. Tym razem byłam zbyt zmęczona, by walczyć z prądem. Na szczęście, nie było go tutaj. Wynurzyłam się na powierzchnię, a woda delikatnie popchnęła mnie na brzeg. Wyczerpana, przeczołgałam się upadłam bez życia na świeżą trawę. Oddychałam ciężko, a moje niespokojne serce biło szalonym rytmem. W myślach raz po raz przewijały mi się chwile, które przed chwilą przeżyłam. Nie mogłam w to wszystko uwierzyć. Nie miałam siły. Czy to dzieje się naprawdę? Czy może to tylko koszmar, z którego zaraz się obudzę?
Z rozmyślań wyrwało mnie szarpanie za nogę. Otworzyłam leniwie oczy, by po chwili wrzasnąć! Do wody ciągnął mnie... krokodyl!
- Cholera, skąd się tu wziąłeś!- wykrzyknęłam do niego.
Wyrwałam nogę z uścisku jego szczęk, a on zanurzył się w wodzie i tyle go widziałam. Zdezorientowana, chwiejnym krokiem ruszyłam przed siebie. Nogi miałam jak z waty. Nie wiedziałam, jakim cudem znajduję w sobie energię, by iść dalej.
- Nathan!!- krzyknęłam, mając nadzieję, że usłyszy mnie i przybiegnie.
Odpowiedziała mi cisza. Zawołałam jeszcze kilka razy. Nie było odzewu. Zrozpaczona, po chwili ruszyłam dalej, przygotowując się na niebezpieczeństwa, które na mnie czekają.
Wkroczyłam w teren zasnuty przez zasłonę gęstej mgły. Weszłam w nią, idąc naprzód. Ledwo widziałam swoje dłonie. Szłam i szłam, przez cały czas nie zwalniając kroku. Wydawało mi się, że chodzę w kółko, a może to tylko złudzenie? Nic nie widziałam. Wokoło było zupełnie biało. I cicho. Czułam się tak, jakbym była zawieszona w nicości - a cały świat przestał istnieć.
Nagle stanęłam w miejscu, nasłuchując. Mogłabym przysiąc, że słyszałam jakiś szelest nieopodal. Gdy dźwięk się nie powtórzył, znów ruszyłam przed siebie. Nie wiedziałam, gdzie dążę, ani kiedy moja "wycieczka" dobiegnie końca. Cóż, na razie trzymam się nikłej nadziei, że albo wyjdę z Puszczy albo odnajdę w niej Nathana. Dwie opcje wydawały mi się niemożliwe, ale w coś trzeba wierzyć, żeby strach nie sparaliżował całego ciała. W sumie w moim przypadku już chyba się tak stało. Moje serce cały czas biło szybko. Jeszcze tego brakuje, żebym dostała arytmii, pomyślałam.
Z rozważań wyrwało mnie warczenie. Otworzyłam szerzej oczy. Jakieś kilka kroków przede mną w miejscu, gdzie mgła się rozrzedzała, dostrzegłam bernardyna. Zatrzymałam się gwałtownie. Pies nie ruszał się z miejsca, jedynie patrzył na mnie, warcząc i odsłaniając swe białe kły. Przyjrzałam mu się dokładnie. Po chwili zdałam sobie sprawę, że to ten sam zwierz, który trzy dni temu uratował nas przed wilkami, przy okazji mnie gryząc!
- Co tutaj robisz?- spytałam go.
Zdawałam sobie sprawę, że rozmawiam z psem, ale dzisiejszy dzień był tak pokręcony, że nie zważałam na to, co robię. Pytanie zabrzmiało idiotycznie, ale pies nadstawił uszu, wyprostował się i szczeknął.
- No proszę.- powiedziałam.- Wydajesz się być milutki, ale nie dam się nabrać. Zostawiłeś mi niezłą pamiątkę po naszym wcześniejszym spotkaniu. Jesteś bestią, wiesz? Idź sobie.
Podniosłam w górę rękę, na której widniał opatrunek. Bałam się go panicznie, ale nie dawałam tego po sobie poznać. Może, kiedy zobaczy, że nie obleciał mnie strach, pójdzie sobie zostawiając mnie w spokoju. Perspektywa rozszarpania przez zwierza nie wyglądała obiecująco.
Pies położył uszy po sobie i znów warknął. Tym razem stopniowo podchodził do mnie. Kłapnął zębami, a ja zaczęłam się cofać.
- O cholera, niedobrze. Nie słyszałeś, idź...
Bernardyn szybkim susem znalazł się przy mnie. Krzyknęłam ze strachu, rzucając się do ucieczki. Nie wiedziałam, czy zwierz za mną biegnie, ale nie zwalniałam kroku. Biegłam zupełnie po omacku. Przed oczami widziałam białą mgłę i nic więcej. Moje wyczerpanie dało mi się we znaki i po chwili moje nogi stały się ciężkie jak z ołowiu. Płuca paliły, oddychałam z trudem. Nie zwolniłam jednak ani na moment. Biegnąc, odwróciłam głowę by sprawdzić, czy bernardyn mnie nie goni. Nic. Tylko białe "mleko". Spojrzałam przed siebie. Z mgły tuż przede mną wyłoniło się coś ciemnego. Walnęłam w to całą siłą rozpędu, zamykając oczy.
___________________________________________________________________________________
Przepraszam za duże opóźnienie w dodawaniu posta, postaram się, by na następne rozdziały nie trzeba było tyle czekać. Buziaki! ;*
wtorek, 11 sierpnia 2015
poniedziałek, 20 lipca 2015
Rozdział 2 - W ciemności nocy
Poczułam uderzenie. Upadłam na wilgotne podłoże, które okazało się trawą. Otwarłam oczy, które dotychczas były zaciśnięte z przerażenia. Dalej nie wiedziałam, co to było i czego przed chwilą tak właściwie doświadczyłam. Rozejrzałam się wokół, podnosząc z ziemi. Znajdowałam się na rozległej polanie. Za sobą usłyszałam szmer strumyka. Przede mną znajdowała się połać świerkowego lasu, do którego prowadziła polna ścieżka. Panował półmrok, a krople deszczu raz po raz skrapiały moją skórę. Kilka kroków ode mnie stał Nathan, wpatrując się we mnie. Nawet w ciemności dostrzegłam jego piękne oczy, czarne włosy...
- Cassie, musimy iść. Co tak patrzysz?- spytał mnie.Ocknęłam się i podeszłam do niego.
- Co to było? Jak się tutaj znaleźliśmy?
- Drogą cienia, coś w stylu teleportu. Chodźmy, wyjaśnię ci to później.
Ruszyliśmy ścieżką w stronę lasu. Okazało się, że dalej znajdowała się droga polna, prowadząc na wschód. Idąc, po lewej stronie otaczały nas drzewa, po prawej zaś mogliśmy podziwiać krajobraz pól, dalekich zabudowań wiejskich oraz odległy zarys wzgórz i gór. Było cicho i przyjemnie, krople deszczu raz na jakiś czas zraszały ziemię, a przy okazji nas. Wiatr co chwila szemrał w gałęziach iglastych drzew. Chociaż kompletnie nie wiedziałam ani gdzie się znajdujemy, ani gdzie dążymy, to czułam się bezpieczna z Nathanem. Milczeliśmy, w miarę posuwania się naprzód drogą wiodącą w nieznane.
- Jesteśmy już blisko?- zdobyłam się na przerwanie ciszy.
- Samochodu? Tak, jeszcze kilometr.
- Pojedziemy? Nie pójdziemy pieszo?- zdziwiłam się.
- To zajęłoby zbyt dużo czasu.
Po czym rozmowa się urwała. W dalszym ciągu poruszaliśmy się wzdłuż ścieżki. Wieczór zaczynał przechodzić w zmrok. Cienie zlały się w jedno, a księżyc w pełni rozświetlił noc, tak jak i gwiazdy na tle nieboskłonu. Przed sobą nie widziałam praktycznie nic. I nagle usłyszeliśmy wycie.
Nathan się zatrzymał. Ja także. Nasłuchiwaliśmy, zapatrzeni w gęstwinę leśną. Moje serce przyspieszyło biegu, strach opanował całe ciało i zaczęłam dygotać.
- Wilk?- zapytałam z przestrachem.
- Obawiam się, że nie jeden, a cała wataha.
- CO?!- krzyknęłam, trochę za głośno.
- Ciszej! Usłyszą nas.- warknął Nathan.
- Co z tego? I tak prędzej nas wyczują.
- Nie, bo zmienił się wiatr.
Rzeczywiście. Wiatr wiał od strony lasu, tj. z zachodu na wschód, czyli w naszym kierunku.
- Jeśli będziemy dostatecznie cicho, nie wytropią nas.- powiedział Nathan szeptem.- Więc z łaski swojej nie wrzeszcz.
Odpowiedziałam mu milczeniem i skinieniem głowy. Powoli zaczęliśmy iść naprzód, wciąż nasłuchując odgłosów wycia z przerażeniem w oczach. Nogi miałam jak z waty. Nie zamierzałam być pożarta przez wilki. Na szczęście, widocznie zwierzęta odeszły. Wokół nie słyszeliśmy nic, tylko nasze przyspieszone oddechy. Droga zakręcała, zmieniając się z polnej w betonową. To tylko pomogło nam poruszać się bezszelestnie, ponieważ na zwykłej ścieżce kamienie i piach chrzęściły nam pod nogami.
Niespodziewanie znów dobiegło nas wycie. Tym razem tylko kilka metrów od nas, na granicy lasu. Odwróciliśmy się w tamtą stronę i ujrzeliśmy kilkanaście par żółtych ślepi ukrytych w mroku drzew. Patrzyły prosto na nas. Zamarłam z przerażenia. Obaj z Nathanem zesztywnieliśmy. Dopiero teraz zorientowałam się, że wiatr ustał zupełnie. Wytropiły nas po zapachu.
Nie byłam pewna, czy to, co widzę, jest snem, czy naprawdę stoję przed zgrają wilków czających się w cieniu i gotujących się do ataku. Jak na komendę usłyszeliśmy warkot, wydobywający się jakby chórem z wielu gardeł.
Spanikowałam i pod wpływem adrenaliny rzuciłam się drogą przed siebie. Nathan musiał się natrudzić, by mnie dogonić. Gdy udało mu się to zrobić, obaj popędziliśmy jak najszybciej przed siebie. Widziałam, że wilki biegną na skraju lasu, tym samym rytmem, co my. Ich oczy w dalszym ciągu błyskały złowieszczo w mroku. Przyspieszyłam kroku.
Nagle stało się to, czego najbardziej się obawiałam. Zwierzęta wybiegły z lasu, zagradzając nam drogę. Rozpędzeni, zatrzymaliśmy się z Nathanem za blisko nich. Warknęły, odsłaniając kły i kłapiąc śnieżnobiałymi zębiskami. Chłopak wystąpił naprzód.
- Schowaj się za mną.- polecił.
Z duszą na ramieniu cofnęłam się za niego. Przerażone serce jeszcze gnało, mimo, że już od kilkunastu sekund staliśmy w miejscu, zesztywniali ze strachu. Zwierzęta podeszły do nas, a my odsunęliśmy się. W tamtym momencie myślałam tylko o jednym: zagryzą nas. Skoczą i rozerwą na strzępy mnie i Nathana. Wilki podchodziły bliżej, widząc, że jesteśmy bezbronni. Nie mogliśmy nic zrobić. Tylko czekać. Z przerażenia zacisnęłam palce na ramionach chłopaka tak mocno, że aż zbielały mi kostki. Zamknęłam oczy, by nie patrzeć na to, co za chwilę się wydarzy.
Niespodziewanie usłyszałam... szczekanie! Dochodziło z lasu. Coś wielkiego i ciężkiego ku nam biegło, ocierając się o drzewa, łamiąc gałęzie oraz patyki i torując sobie drogę wśród krzaków. Zakotłowało się w cieniu i po chwili wypadło z gęstwiny drzew, tuż za nami. Krzyknęłam, widząc, że pędzi prosto na nas.
- Padnij!- krzyknął Nathan, a zwierzę zwinnie przeskoczyło nad naszymi głowami, lądując przed zgrają wilków, szczekając oraz warcząc.
Wataha, oniemiała, cofnęła się, a ja mogłam dokładniej przyjrzeć się zwierzu. Był ogromny, sięgał mi zapewne do pasa. Jego sierść była czarna. Moim zdaniem był to bernardyn, choć mogłam się mylić, bo było zbyt ciemno by zobaczyć szczegóły. Unosił się wokół niego czarny dym.
Wilki otrząsnęły się ze zdziwienia i zaczęły okrążać psa. Ten jednak nie dał się podejść. Obnażył kły i skoczył ku nic nie podejrzewającemu zwierzęciu. Usłyszeliśmy skomlenie i jeden z wilków popędził w las z podkulonym ogonem. Bernardyn odskoczył równie szybko jak zaatakował. Reszta watahy cofnęła się, zdezorientowana. Po chwili zwierzę zupełnie zniknęło mi z oczu. Słyszałam tylko skomlenie wilków, ujadanie, ostrzegawcze warczenie. Po jakimś czasie nie pozostało ani śladu po zwierzętach. Wszystkie, przestraszone, uciekły w las.
Staliśmy tak z Nathanem i dopiero teraz zauważyłam, że przytulamy się do siebie. Nie przeszkadzało mi to, choć trochę się zaczerwieniłam. Przerażenie jeszcze nie minęło, a serce nie zwolniło swego biegu, dalej tłukło się w piersi jak szalone. Wszystko stało się bardzo szybko. Jeszcze przed chwilą w śmiertelnym niebezpieczeństwie, teraz byliśmy już bezpieczni. Czy na pewno? Gdzie był pies, którego bały się nawet wilki?
Nathan odsunął się ode mnie. Ja z niechęcią także.
- Co to było?- spytałam, dalej oszołomiona.
- Nie wiem. Pierwszy raz widziałem coś takiego. Wcześniej nie było w tym lesie ani wilków, ani żadnych psów.- odparł.
- Nathan, chodźmy stąd, boję się, że wrócą.
- Racja.
Znów ruszyliśmy drogą przed siebie, tym razem przestraszeni, nerwowo rozglądając się na boki w poszukiwaniu niebezpieczeństwa. Niestety, nie minęło.
Nagle zmaterializował się przed nami bernardyn. Stanęliśmy jak wryci. Krzyknęłam cicho. Skąd on się wziął przed nami tak szybko?
Zwierzę mierzyło nas wzrokiem. Nie wyczułam, by było wrogo nastawione.
- Cassie, odsuń się.- powiedział Nathan.
Po tych słowach bernardyn warknął, odsłaniając kły. Zaczął do nas podchodzić. Wkurzyłam się. Odepchnęłam ramię Nathana i wyszłam wprost naprzeciw psa, tak, że jego pysk znajdował się niebezpiecznie blisko mnie.
- Odejdź!- krzyknęłam do niego.- Zostaw nas w spokoju! Idź sobie!
Zwierzę przez kilka sekund patrzyło na mnie nierozumiejącym wzrokiem, przekrzywiając łeb. Myślałam, że udało mi się w jakimś stopniu wyprowadzić je z równowagi. Byłam naiwna. Zwierzę wyprostowało się, naprężyło i skoczyło, kłapiąc zębami. Zakryłam rękami głowę. Poczułam, że jego kły zaciskają się na moim nadgarstku. Zawyłam z bólu, a przed oczami zatańczyły mi czerwone i czarne plamki. Kilka sekund później zwierzę zaskomlało i odskoczyło. Nathan podbiegł do mnie z kamieniem w ręce. Już wiedziałam, że pies oberwał skałą. Chłopak objął mnie ramieniem, a ja ścisnęłam swój nadgarstek dłonią, walcząc z bólem. Pies spojrzał na nas, i zauważyłam, co było dziwne, jakby się uśmiechał. Po chwili skłonił przede mną łeb i rozpłynął się w cień. Jeszcze przez chwilę staliśmy w miejscu, by upewnić się, czy nie wróci. Gdy po kilku minutach nic nie nastąpiło, Nathan odrzucił kamień, który potoczył się po drodze i zwrócił do mnie:
- Zranił cię?- spytał, dotykając mojej ręki.
Od razu zauważył dziury po zębach i krew ściekającą z głębokich ran. Oderwał brzeg swojego T-shirtu. Zacisnęłam zęby by nie krzyknąć, gdy skrawkiem swojej koszuli bandażował mi nadgarstek. Mimo to, z mojego gardła wydobył się jęk.
- Bardzo boli?
W jego oczach widoczna była ogromna troska.
- Wytrzymam- powiedziałam.- Co to było za zwierzę?
- Nie wiem, chyba ogromny pies. Nie rozumiem, dlaczego najpierw uratował nas przed wilkami, a później cię ugryzł.- Nathan spoważniał.- Może wrócić. Dasz radę biec?
Potaknęłam słabo głową. Zerwaliśmy się i popędziliśmy dalej krętą ścieżką. W głowie zaczęło mi pulsować, poczułam, że jest mi coraz cieplej, a moje serce przyspieszyło biegu jeszcze bardziej niż dotychczas. Być może to przez bieg, ale nie byłam tego pewna.
Po kilku minutach szaleńczego przełaju, dotarliśmy do samochodu terenowego. Deszcz bębnił o jego szyby. W mroku nie widziałam go dokładnie, ale wydawało mi się, że jest koloru pomarańczowego. Nathan otworzył drzwi i zaprosił mnie do środka. Chętnie wsiadłam do bezpiecznego pojazdu. Chłopak usiadł obok mnie. Włożył kluczyki do stacyjki i przekręcił. Usłyszeliśmy cichy warkot silnika. Nathan i ja po chwili odjechaliśmy.
- Kiedy w końcu powiesz mi o wszystkim? Co ja tu robię, ugryziona przez wilka, przeniesiona gdzieś za pomocą cienia, zmierzająca do miejsca, którego kompletnie nie znam?- pytałam.
- Nie jesteśmy do końca bezpieczni. Jeszcze trochę, Cassie. Dojedziemy na miejsce i wszystko ci opowiem.- powiedział, zaszczycając mnie swoim uwodzicielskim uśmiechem.
Przewróciłam oczami.
- Nawet nie liczę, ile razy dziś to powiedziałeś, a nadal nic nie wiem i nie jesteśmy na miejscu!
Nathan posmutniał.
- Już wkrótce.
Westchnęłam, mrucząc pod nosem niezbyt przyjemne słowa.
- Prześpij się. Szybciej minie ci czas.- zaproponował.
- Nie mam ochoty.
- Chociaż spróbuj. Tyle się dziś zdarzyło... potrzebujesz odpoczynku.
Pomyślałam, że być może to dobry pomysł. I tak na razie niczego się nie dowiem. Przytaknęłam więc, opierając głowę na oparciu fotela. Już po chwili oczy same mi się zamknęły, a bębnienie deszczu o szybę ukoiło mnie i osunęłam się w sen.
***
- Cassie, obudź się, musimy iść.
Usłyszałam ten głos jakby z oddali. Szepnęłam coś w stylu "jeszcze 5 min mamo, już wstaję", po czym poczułam delikatne szarpnięcie. Otwarłam oczy i aż podskoczyłam. Nie wiedziałam, gdzie się znajduję, jak się tutaj dostałam i dlaczego nie jestem w domu. Lecz po chwili, ocknąwszy się już zupełnie z mgielnej powłoki snu zasnuwającej mój umysł, wszystko sobie przypomniałam. Poczułam silny ból głowy. Było mi gorąco, a rana piekła niemiłosiernie. Nie wiedziałam, dlaczego tak jest i na razie postanowiłam nie martwić tym Nathana.
- Która godzina?- spytałam, ziewając i przecierając zaspane oczy.
- Nie wiem dokładnie, ale słońce już za chwilę powinno wzejść.
Rzeczywiście. Gwiazdy zaczęły blednąć, ale księżyc w pełni jeszcze świecił, choć jego blask osłabł. Horyzont coraz bardziej się rozjaśniał, najpierw delikatną szarością, później żółcią. Po deszczu nie było śladu. Ujrzałam przez przednią szybę, że jesteśmy w lesie. Wokół roiło się od sosen i świerków, ale dostrzegłam także buki i olchy. Krzaki i mech pokrywały praktycznie każdy skrawek gleby.
- Gdzie my jesteśmy?
- Na skraju Puszczy. To wielki i dziki obszar, pełen niebezpieczeństw.
- I ty chcesz mi powiedzieć, że mamy przez niego przejść?
- Oczywiście, że tak. Innej drogi nie ma.
- Proszę, nie chcę zostać zjedzona przez niedźwiedzia.
- Nie będziesz. Dopilnuję tego. Co z twoją ręką?
Zerknęłam na dłoń. Rana po zębach zwierzęcia wygięła się jakby w uśmiechu, imitując półksiężyc. Skóra naokoło niej była zaczerwieniona i spuchnięta. Pokazałam rękę Nathanowi. Syknęłam, gdy jej dotknął.
- Przepraszam.- mruknął.
- Mam nadzieję, że to zwierzę nie miało wścieklizny.- zapytałam, z lękiem.
- Musimy jak najszybciej dotrzeć do uzdrowiciela. Chodź, wysiadamy. Jesteśmy już bardzo blisko. Kilka kilometrów i dotrzemy do Kanionu.
- Dokąd?
- Zobaczysz.
Nathan i ja wysiedliśmy z samochodu. Zamknęliśmy za sobą drzwi. Spojrzałam na księżyc. Była pełnia. Niebo zaróżowiło się znacznie, a gwiazdy zblakły już zupełnie. Westchnęłam, wdychając rześkie powietrze po deszczu. Poczułam zapach sosen i kojący chłód na skórze.
Ni stąd ni zowąd moje serce przyspieszyło biegu. Było mi coraz cieplej. Własna skóra powoli zaczynała mnie parzyć. W uszach słyszałam dudnienie.
- Słyszysz mnie?- spytał Nathan, ściskając mnie za ramię.
Otrząsnęłam się i spojrzałam na niego. Wpatrywał się we mnie z niepokojem. Przytaknęłam, kłamiąc. W tym momencie słyszałam tylko szum. Czułam się coraz słabiej, a moja rana pulsowała, piekąc.
Nathan spojrzał mi w oczy.
- Jeszcze nigdy nie spotkałem takiej dziewczyny jak ty. Jesteś niesamowita... jak będziemy na miejscu, zabiorę cię na kolację, chcesz? Będziemy świętować twoje urodziny. Wypoczniesz i opowiem ci o wszystkim, odpowiem na każde twoje pytanie.
- Nathan, ja...- zaczęłam.
- O co chodzi?
Chwyciłam się ręką za głowę.
- Chyba źle się czuję.- odparłam, tracąc grunt pod nogami.
Widziałam i słyszałam wszystko jak przez gęstą mgłę. Nathan złapał mnie w ramiona, ratując przed upadkiem. Patrzył na mnie z lękiem i troską. Raz po raz wykrzykiwał moje imię. Nie mogłam jednak i nie potrafiłam mu odpowiedzieć. Po chwili zamknęłam oczy i zapanowała cisza.
___________________________________________________________________________________
Kolejny rozdział za mną ;) dziękuję za miłe komentarze pod postami - naprawdę motywują <3
czwartek, 9 lipca 2015
Rozdział 1 - Ciąg dalszy nastąpił
Obudził mnie natarczywy dźwięk. Otworzyłam oczy i zdałam sobie sprawę, że to budzik. Wstałam, wyłączając go i rozejrzałam się po pokoju. Wszystko znajdowało na swoim miejscu, jedynie żarówka z lampki nocnej była stłuczona. Wstałam z łóżka, przeciągając się. Za oknem świeciło słońce, a jego jasne promienie muskały moją twarz. Uśmiechnęłam się, odwracając wzrok od okna i pełna wigoru ruszyłam do drzwi. Nagle przystanęłam, zdziwiona. Po moich drzwiach nie było ani śladu.
Zmarszczyłam brwi. Próbowałam przypomnieć sobie, co robiłam wczoraj wieczorem, ale... nic nie pamiętałam! Wiedziałam tylko tyle, że miałam czekać do godziny 4:14 i zobaczyć, co się wtedy będzie działo na dolnym piętrze. Nie miałam pojęcia, czy to widziałam. Ze złością stwierdziłam, że musiałam spokojnie przespać całą noc. To było jedyne racjonalne wyjaśnienie tego, że kompletnie nic nie pamiętałam.
Wzruszyłam ramionami i poszłam korytarzem w stronę schodów. Zeszłam po nich na dolne piętro i wkroczyłam do kuchni. Przy stole siedzieli już mama i tata.
- Cześć.- przywitałam się z nimi.
- Dzień dobry, jak ci się spało?- spytała mama.
- Bardzo dobrze.- powiedziałam, podchodząc i zajmując wolne krzesło obok taty zawiązującego krawat.- Dlaczego w moim pokoju nie ma drzwi?
Rodzice wymienili spojrzenia. Odniosłam wrażenie, że coś wiedzą, ale nie zamierzają mi o tym powiedzieć.
- Nie ma ich, ponieważ postanowiłem je odmalować. Były już stare i złaziła z nich farba.- powiedział tata, po chwili zmieniając temat.- Już jutro twoje urodziny, cieszysz się?
- No pewnie! Nie mogę się doczekać!
- Dobrze, w takim razie mama zorganizuje coś dobrego do jedzenia na jutro, a ja po pracy też jej pomogę. Teraz niestety muszę już iść.- powiedział, wstając od stołu.- Do zobaczenia potem.
- Cześć!- powiedziałyśmy z mamą.
Tata ubrał swoją brązową kurtkę i podążył ku wyjściu. Trzasnęły drzwi. Mama wstała od stołu, wzięła talerz z kanapkami z kredensu i położyła go przede mną.
- Smacznego.- życzyła mi z uśmiechem.
- Dzięki.
Zabrałam się do jedzenia, kiedy nagle zadzwonił dzwonek do drzwi. Popatrzyłyśmy po sobie ze zdumieniem.
- Tata czegoś zapomniał?- spytała mama, ruszając ku wyjściu.
- Niemożliwe, przecież wszedłby nie dzwoniąc.- odparłam.
Mama otworzyła drzwi i usłyszałam wymianę zdań.
- Dzień dobry, Lindo.- powiedziała.
- Dzień dobry- odpowiedziała kobieta, którą poznałam po głosie jako panią z sąsiedztwa.- Przepraszam, że przychodzę tak z rana bez zapowiedzi, ale coś strasznego dzieje się z moimi psami! Nie chcą jeść i pić od dwóch dni, leżą, nie śpią. Anno, pomocy!
- Zaczekaj, wezmę tylko moją teczkę.
Mama przemknęła przez kuchnię do swojego gabinetu, znajdującego się z prawej strony kuchni. Po kilku sekundach szła z powrotem, trzymając wypchaną teczkę. Zatrzymała się obok mnie.
- Cassie? Muszę na chwilę wyjść. Zjedz śniadanie i czekaj na mnie, dobrze?
- Okej.- byłam niezadowolona, bo chciałam zapytać mamę o te ciągłe zdarzenia przed moimi urodzinami.
Ruszyła ku drzwiom.
- Do zobacze... aha, zapomniałabym!- mama zatrzymała się w pół kroku i odwróciła do mnie.- Gdy jeszcze spałaś, dzwonił Nathan. Przyjdzie dzisiaj do ciebie.
- O której?- spytałam znudzona.
Nathan to jeden z nieuków w mojej klasie. Ma problemy z kilkoma przedmiotami, szczególnie z fizyką i chemią. A ja, na niekorzyść, muszę mu pomagać. Zrozumiałabym, gdyby jeszcze coś załapał po moich lekcjach, ale on kompletnie nic nie umie! Staram się jak mogę, ale moje "korepetycje" nie przynoszą efektów i na każdej lekcji w moim domu muszę tłumaczyć mu to samo!
- O jedenastej- powiedziała mama.
- "Czyli za piętnaście minut!"- pomyślałam, zła, a głośno odparłam.- Okej, miłej pracy.
- Do zobaczenia.- odpowiedziała i wyszła wraz z sąsiadką.
Znów trzasnęły drzwi. Zostałam sama, jak zwykle. Mama była weterynarzem, więc często zdarzało się jej wychodzić z domu, by pomóc chorym lub rannym zwierzętom sąsiadów. Miałam tylko 15 minut swobody. Potem będę się męczyć, żeby jakoś wytłumaczyć Nathanowi fizykę lub chemię, której z pewnością i tak nie zrozumie.
Dokończyłam jedzenie kanapek i wstałam z krzesła. Ruszyłam do mojego pokoju, by ubrać się i wziąć z niego parę rzeczy. Wyszłam po schodach na piętro i przekraczając próg, po raz drugi dzisiaj zdziwiłam się, dlaczego nie ma moich drzwi. Jakoś nie chciało mi się wierzyć, że tata wyciągnął je z zawiasów w celu odmalowania, kiedy jeszcze spałam. Gdybym tylko potrafiła sobie przypomnieć, co działo się w nocy, byłoby mi o wiele łatwiej. No cóż, nie miałam takiej możliwości. Choćbym nie wiem jak się starała, w mojej głowie była pustka. Nie, nic wczoraj nie piłam. Nie lubię alkoholu, dopiero co skończyłam 15 lat!
Tak rozmyślając, podeszłam do szafki. Wyciągnęłam z niej świeże ubrania, a następnie zrzuciłam z siebie pidżamę i przebrałam się w nie. Poszłam do łazienki, biorąc z półki grzebień. Kiedy już rozczesałam moje długie do ramion włosy, odłożyłam grzebień na swoje miejsce i podążyłam do pokoju. Podeszłam do mojego plecaka. Wyciągnęłam z niego książki, które z pewnością będą mi za chwilę potrzebne. Podręcznik do fizyki i chemii, kilka kartek, piórnik... to wszystko. Zamknęłam plecak, wstając. Rozejrzałam się po pokoju. Jego wygląd nie zmienił się od wczorajszej nocy. Z lewej strony na półce stały moje książki, dalej łóżko, obok niego szafka nocna, na niej lampka i zegarek. Po prawej stronie znajdowała się szafa, półki na różne drobiazgi i biurko, na którym odrabiałam lekcje. Normalny pokój piętnastolatki.
Wyszłam z niego i schodząc na parter, skierowałam się do salonu. Tu także wszystko było na swoim miejscu. Na ścianie po lewej stronie wisiał telewizor, po prawej stała sofa i fotele, a przed nimi stół.
Położyłam na nim zeszyty, książki, piórnik oraz kartki. Podeszłam do okna i ujrzałam zwykły widok: odrapane bloki, szare ulice, dym ze spalin unoszący się nad krętymi ulicami. Ani skrawka zieleni. Z obrzydzeniem odeszłam od okna. Nienawidziłam tego miasta. Czułam się w nim jak w klatce, wszędzie zabetonowane osiedla, autostrady, miliardy fabryk i samochodów stojących w gigantycznych korkach i zatruwających środowisko oraz bloki pnące się ku niebu. Wszędzie szarość, widoczna aż po horyzont.
Usiadłam na jednym z foteli. Pamiętam, jak pięknie było na wsi. Wszędzie pola, lasy, góry i przede wszystkim czyste powietrze! Nigdy tego nie zapomnę. Mimo, że to było dawno, pamiętam tę przestrzeń i wolność. Gdy w zimie biegałam po polach, widziałam, jak ziemia zlewa się z niebem. Nie tak, jak tutaj, w mieście.
Z rozmyślań wyrwał mnie dzwonek do drzwi. O nie, pomyślałam. Nathan. Znudzona i zrezygnowana poszłam otworzyć drzwi.
- Hej.- powiedziała osoba, której się spodziewałam.
Nathan był dość wysokim chłopakiem o czarnych włosach i przenikliwym spojrzeniu. Nosił okulary, a gdy się uśmiechnął, dostrzegłam aparat na jego zębach. Ubrany był w sweter w szaro- brązowe paski i szerokie, czerwone spodnie. Miał miodowo-złote oczy i patrzył na mnie rozmarzonym wzrokiem.
Jeszcze tego mi brakowało, żeby Nathan się we mnie podkochiwał, pomyślałam.
- Wejdź, proszę.- powiedziałam na głos.
- Dzięki.
Poszliśmy do salonu. Nathan zdjął swoją torbę, którą miał dotychczas przewieszoną przez ramię i usiadł na kanapie. Ja opadłam na siedzenie obok niego.
- Od czego zaczynamy?- spytałam.
- Może od chemii.
- Okej.
Wzięłam książkę i otworzyłam ją na pierwszej stronie. Rozdział nosił nazwę: "Rodzaje wiązań chemicznych".
- No więc tak.- zaczęłam wykład.- W szkole poznaliśmy trzy rodzaje wiązań: kowalencyjne niespolaryzowane, spolaryzowane i jonowe.
- A co to są wiązania?- spytał.
- Na to pytanie odpowiadałam na poprzednich korepetycjach. Poczekaj, dojdziemy do tego. Więc tak, wiązanie kowalencyjne spo...
- Co to znaczy "kowalencyjne"?- wtrącił znów.
- Na razie skupmy się na rodzajach wiązań, bo każdy jest inny.
- Dlaczego są tylko trzy? A nie osiem?
Byłam na skraju wytrzymałości.
- Ponieważ tyle do tej pory poznaliśmy w szkole. No więc wiąz...
Nagle rozległ się dzwonek do drzwi.
- Poczekaj, pójdę otworzyć, pewnie mama wróciła.
- Dobrze, Cass.
Wstałam z kanapy i ruszyłam do drzwi, czując na plecach wzrok Nathana. Irytowało mnie to, że mówił do mnie "Cass", zadawał tyle bezsensownych pytań oraz, że nie dawał mi dojść do słowa w moich korepetycjach. Wszystko mnie w nim denerwowało!
Wściekła stanęłam przed drzwiami, otwierając je. Doznałam lekkiego zdziwienia.
- Hej, Kate.- powiedziałam, ujrzawszy w progu moją przyjaciółkę.
- Cześć, Cassie. Słuchaj, mam do ciebie ogromną prośbę: pożyczyłabyś mi zeszyt do historii? Brat zalał mi mój kawą i muszę cały przepisać.
- Jasne, wejdź, zaraz go poszukam.- zaprosiłam ją gestem.
- Dzięki.
Znów skierowałam się do salonu, tym razem w towarzystwie Kate. Nathan obrzucił ją podejrzliwym spojrzeniem i wypowiedział suche: "cześć", a ona odpowiedziała mu tym samym. Zdziwiła mnie ta oschłość w ich głosach. Czyżby się nie lubili? Możliwe, że Kate mu dokuczała - tak jak cała nasza klasa - chociaż nigdy tego nie zauważyłam. Takie rzeczy mogły mieć jednak miejsce, przecież nie chodzę krok w krok za Nathanem.
Skończyłam moje rozmyślania i zwróciłam się do Kate, stojącej tuż obok mnie.
- Poczekaj tutaj, pójdę po zeszyt. Rozgość się.
- Nie ma sprawy.- powiedziała, uśmiechając się do mnie.
Odwróciłam się, kierując w stronę schodów. Zeszyt powinien być na półce, pod książką do historii, uczyłam się z niego wieczorem.
Niespodziewanie poczułam uderzenie. Upadłam na podłogę, a coś ciężkiego przygniotło mnie do ziemi. Krzyknęłam, próbując się wyrwać, jednak nie dałam rady. Usłyszałam nad sobą powarkiwania i szarpaninę. Nagle, tak szybko jak się pojawił, ciężar z moich pleców zniknął, a ja podniosłam się z ziemi najszybciej jak mogłam. Obejrzałam się za siebie. Widok przeraził mnie jeszcze bardziej.
Kate stała kilkanaście kroków ode mnie. Na ziemi leżały moje potargane podręczniki, a kartki fruwały po całym salonie. Dziewczyna nie wyglądała już jak moja zadbana przyjaciółka. Miała poszarpany sweter i dżinsy, a włosy, dotychczas spięte w idealny kok, były w nieładzie. Jej twarz nabrała dzikiego wyrazu, oczy żarzyły się jak dwa węgle rozpalone do czerwoności. Mogłabym przysiąc, że widziałam już gdzieś takie ślepia. Niestety, nie mogłam sobie przypomnieć, gdzie. Kate rozchyliła usta w grymasie wściekłości, ukazując zęby ostre jak brzytwa. Obok niej dostrzegłam Nathana. Miał głębokie rozcięcie na ramieniu, lecz mimo tego stał w gotowości do walki. Jego okulary przekrzywiły się, ale nie zwracał na to najmniejszej uwagi.
- Kate?- wyjąkałam z przerażeniem.- Co się...
Nie skończyłam, ponieważ rzuciła się na mnie z pazurami. Na szczęście z lewej strony wyskoczył Nathan, złapał mnie w locie i odepchnął. Kilka milimetrów dzieliło moją twarz od kłów Kate, która przeleciała obok nas. Potoczyłam się po podłodze. Odwróciłam się, wstając jak najszybciej w momencie, gdy Nathan wyjął z ust... aparat na zęby i rzucił nim o podłogę! Następnie ściągnął okulary, które pękły i powyginały się po spotkaniu z ziemią. Ze zdumienia otworzyłam szerzej oczy. Co się tutaj działo?
- Nie uratujesz jej.- wychrypiała Kate, podchodząc do Nathana.- Wycofaj się, a może dam ci uciec!
- Nigdy! To ty opuścisz ten dom albo będę zmuszony wyrzucić cię z niego siłą!
- Ojoj, Strażnik się zdenerwował?- moja przyjaciółka parsknęła śmiechem.- Jakie to straszne, już wychodzę! Tylko zabiorę coś, co jest mi potrzebne!
Ruszyła w moją stronę z krzywym uśmiechem. Cofnęłam się aż do ściany za kanapą.
- Nie bój się.- warknęła.- Przynieś mi zeszyt, dobrze?
Przerażona, spojrzałam na Nathana i ze zdziwienia utkwiłam w nim wzrok. Stał kilka kroków ode mnie. Ściągnął właśnie sweter, ukazując kryjącą się pod spodem jaskrawopomarańczową koszulkę. Zamiast dresów miał teraz na sobie granatowe spodenki sięgające mu do kolan. Stał idealnie wyprostowany, a po garbie nie było śladu. Jego włosy były rozczochrane, przez co był jeszcze bardziej przystojny. Wydawało się, że nie stoi już przede mną brzydki nieuk, a zupełnie inna osoba!
"Nowy" Nathan ominął Kate oraz kanapę i stanął obok mnie. Zdałam sobie sprawę, że do tej pory rozdziawiałam usta w wyrazie głębokiego szoku, co musiało wyglądać dość dziwnie. Zamknęłam je więc, nadal przerażona zaistniałą sytuacją.
- Wszystko okej? Nic ci nie jest?- spytał, spoglądając na mnie.
- Nie! Nic nie jest okej! Wytłumacz mi to! Co tu się dzieje?
Kate roześmiała się, ukazując długie, białe kły.
- Jakie to szlachetne, że ją bronisz, Strażniku, ale twa odwaga nie wystarczy.
- Czemu tak mówisz do Nathana?- spytałam.
Moja przyjaciółka udała zdziwioną.
- Nic jej nie powiedziałeś? Tak bez uprzedzenia? Nieładne zagranie.- zwróciła się do chłopaka.
- Odejdź!- krzyknął ze złością i zamachnął się na nią pięścią.- Wampiry takie jak ty nie są tu mile widziane!
Kate wdzięcznie odskoczyła i wylądowała kilka kroków dalej. Zamarłam z przerażenia.
- Co powiedziałeś?- spytałam Nathana.
Odwrócił do mnie głowę.
- Cassie, Kate to...
Sekundę później uderzył o ścianę. Osunął się na ziemię, nieprzytomny.
- Nathan!- krzyknęłam, przestraszona.
To przeze mnie, pomyślałam. Wystarczyła chwila nieuwagi.
- Jesteś wampirem?- spytałam moją przyjaciółkę.
Kate zachichotała i uderzyła. Odsunęłam się, fundując jej pięści spotkanie ze ścianą. Wampirzyca zasyczała ze złością i ponownie zaatakowała. Cofałam się, zakrywając rękoma przed ciosem, które sypały się w moją stronę jak grad. Serce biło mi jak szalone, nie wiedziałam, co się dzieje. Przerażona prosiłam w duchu, by Nathan podniósł się i mi pomógł. Kątem oka dostrzegłam, że leży w tej samej pozycji pod ścianą. Krzyknęłam do niego, lecz nawet się nie poruszył. Ogarniał mnie coraz większy strach. W ostatniej chwili uchyliłam się przed kolejnym ciosem Kate, robiąc szybki krok w tył.
Niepodziewanie natrafiłam na przeszkodę, w postaci oparcia kanapy. Przechyliłam się w tył, tracąc równowagę, a gdy wampir chciał mi podciąć nogi, podskoczyłam, dziwiąc się samej sobie. Co ja wyprawiam?
Poleciałam w tył przez oparcie, a moje nogi podskoczyły w górę. Gdy Kate podeszła, rąbnęły ją prosto w brodę. Wrzasnęła na mnie, chwytając mnie za kostki.
- Hej, wampirze!- rozległ się krzyk Nathana.- Łap!
Na dźwięk jego głosu opanowała mnie radość. Odwróciłam głowę w kierunku, skąd dochodził jego głos. Sekundę później dostrzegłam stolik z salonu, który szybował przez pokój wprost na Kate. Wampirzyca wydała z siebie zduszony okrzyk i wypadła z pokoju trafiona meblem. Nathan podbiegł do mnie.
- Nic ci się nie stało?- spytał, podnosząc mnie.
- Masz mi dużo do wyjaśnienia, nie udawaj, że akurat nagle się o mnie troszczysz! Najpierw miesiącami zadręczasz mnie nauką...- wyliczałam, chodząc w kółko po salonie.-...następnie z brzydkiego robisz się przystojny! Moja najlepsza przyjaciółka jest wampirem i cholernie chce zeszyt do historii, tak bardzo, że aż postanowiła zrobić mi z pokoju pobojowisko, a mnie zabić!
Nathan westchnął.
- Jesteś okropny, kim ty tak naprawdę jesteś?!- krzyczałam na niego.
Odwróciłam się i pomaszerowałam w kierunku drzwi wyjściowych. Nie uszłam kilku kroków, gdy chłopak chwycił mnie za ramiona i ustawił do siebie przodem. Następnie położył swój palec na moich ustach. To mnie, nie ukrywam, zaskoczyło. Zesztywniałam, milknąc.
- Ćśś...- szepnął mi do ucha.- Cassie, wiem, że to nie jest dla ciebie proste, musisz mi zaufać. Po prostu uwierz i pozwól zadbać o twoje bezpieczeństwo. Proszę.
Jego twarz była niemożliwie blisko mojej. Zarumieniłam się i powoli, sekunda za sekundą, uspokoiłam. Nadal jednak byłam tym wszystkim przerażona, a moją głowę rozsadzało miliard pytań, obaw i uczuć.
Wziął palec z moich warg i odsunął się ode mnie. Mimo to dalej czułam jego dotyk na swoich ustach.
- Dobrze... ale ja po prostu się boję!- wychrypiałam i spuściłam wzrok.
Zdumiałam się, gdy ujął mnie pod brodę
- Już niedługo wszystkiego się dowiesz. Jeśli będzie trzeba, poświęcę się dla Ciebie, bylebyś nie musiała się bać.
Jego głos był dla mnie kojący, słyszalny nawet jako szept. Nikt, przenigdy nie mówił do mnie w ten sposób. Chociaż niewiele rozumiałam, a strach mnie nie opuszczał, postanowiłam dać mu szansę.
- Dobrze, postaram Ci się zaufać- powiedziałam.
Naszą rozmowę przerwał krzyk. Chwilę później w drzwiach do salonu stanęła rozwścieczona Kate. Dostrzegłam, że kawałek blatu utknął jej we włosach.
- To nie koniec.- zachichotała.- Miałam tylko ostrzec i przekazać wiadomość. Demony przejęły kontrolę. Mają słońce w garści, a Ognisty Pierścień jest w ich władaniu. Nic już nie możecie zrobić. Zbliża się Dzień Czarnego Słońca. Już niedługo Strażnicy i noc będą tylko wspomnieniem!
Na naszych oczach zmieniła się w czarnego nietoperza, przeleciała przez cały salon, machnęła skrzydłami i wyleciała przez okno, wybijając szybę. Odetchnęłam głośno z ulgą. Nathan podszedł żwawym krokiem i usiadł na kanapie. Zrobiłam to samo.
- Co to ma znaczyć? Co się właściwie stało? Nie wierzę! Jak ja to wytłumaczę mamie?- pytałam z jękiem.
- Na razie nie jest to ważne. Gdzie moja torba?
Rozejrzałam się i mój wzrok padł na poduszce. Podniosłam ją i znalazłam to, czego szukałam. Podałam torbę Nathanowi. Wziął ją ode mnie i rozsunął zamek. Wyjął z niej mały pakunek i bukiet róż.
- Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, Cassie.- powiedział, uśmiechając się do mnie.
Wręczył mi prezent. Byłam mile zaskoczona.
- Ile to dzisiaj niespodzianek...- szepnęłam, a po chwili zaczęłam głośniej.- Dziękuję za pamięć, Nathan, ale urodziny mam dopiero jutro. Dlaczego dajesz mi to dzisiaj?
W momencie spoważniał.
- Ponieważ jutro może nie nadejść zbyt szybko.- odparł zagadkowo.
Zabrałam się do otwarcia paczuszki. Nathan powstrzymał mnie gestem.
- Nie otwieraj tego teraz.
- Dlaczego?
- Zrób to dla mnie i choć na chwilę powstrzymaj się od pytań.
- Łatwo ci mówić.- mruknęłam.
- Chodź, musimy iść.- powiedział Nathan, wstając.
Przez cały czasu nie mogłam oderwać wzroku od jego miodowo-złotych oczu i zupełnie czarnych włosów. Podniosłam się z kanapy, zostawiając na niej bukiet i idąc w ślad za nim.
- Gdzie?- spytałam, pełna niepokoju.
- Do miejsca, gdzie będziesz bezpieczna.
- To znaczy?
- Zobaczysz.
Zaczynało mnie to coraz bardziej irytować. Pełno nierozwiązanych spraw, miałam mętlik w głowie, byłam przerażona, a on jeszcze chciał mnie gdzieś zawlec! Z drugiej strony uratował mnie od Kate. Gdyby chciał zrobić mi krzywdę, zostawiłby mnie na pastwę wampira.
- I znów zagadki.- powiedziałam, wzdychając.
- Przykro mi, ale to konieczne. Nikt nie może się o nas dowiedzieć.
- Jak to? Przecież zna nas połowa miasta!
- "Nas", to znaczy Strażników.
- Ach, tak. Czego strzeżecie?
- Wszystko ci pokażę. Chodź już wreszcie, nie mamy dużo czasu.
- Nie mogę tak po prostu wyjść! Gdzie mnie zabierasz?
- To dość daleko.
- I ty myślisz, że zgodzę się na to?- spytałam, krzyżując ręce na piersi.
Nathan znów zbliżył się do mnie tak, że dotykaliśmy się czołami. Wzdrygnęłam się, ale byłam zbyt sparaliżowana tą bliskością, by się odsunąć. Chłopak patrzył mi prosto w oczy, a mnie na zmianę to robiło się gorąco, to oblewał zimny pot.
- Myślę, że mi zaufasz na tyle, by dać się zaprowadzić do celu bez pytań.- odezwał się prawie szeptem.- Bardzo cię lubię i w twoich oczach widzę, że ty mnie też.
Zawstydziłam się, spuszczając wzrok.
- Obiecuję, że w każdej chwili będziesz mogła tutaj wrócić. I przyrzekam, że zrobię wszystko, byś zawsze była bezpieczna.
Westchnęłam.
- Nathan, właśnie stoczyłam walkę z moją najlepszą przyjaciółką, której ufałam jak nikomu innemu. Była dla mnie jak siostra. Teraz okazuje się, że to wampir czyhający na moje życie. Następnie ty - nie obraź się, ale do tej pory byłeś okropnie brzydki. A teraz? Jesteś zupełnie innym chłopakiem. Jak mogę ci zaufać? Nie mam nawet pewności, czy dalej jesteś tym, kim byłeś do tej pory.
- Cassie... udawałem nieuka potrzebującego korepetycji, by być blisko ciebie, by mieć na ciebie oko. Zmienił się we mnie tylko wygląd. Jestem taki sam, jaki byłem rok, czy dwa lata temu. Nadal nazywam się Nathan. Musisz pogodzić się z pewnymi rzeczami, jak z Kate, która jest wampirem. Proszę, zaufaj mi. Chcę cię tylko chronić.
Spoglądałam na niego z przejęciem. Po chwili namysłu odparłam drżącym głosem:
- Okej. Pójdę się spakować.
Odsunęłam się od Nathana, kierując się w stronę schodów, lecz on mnie powstrzymał.
- Zaczekaj, to nie będzie konieczne. Chodź już.
Nathan założył torbę na ramię i wszedł do korytarza. Zatrzymał się przy drzwiach.
- Daj mi swój prezent. Schowam go.
Podałam mu paczuszkę.
- Wezmę chociaż kilka ubrań.- nalegałam.
- Nie, wystarczy ci to, co masz na sobie.
Miał rację. Byłam ubrana w czarną koszulkę, białą bluzę, dżinsy i zielone trampki. Był środek lata, więc było ciepło.
- Ach, zapomniałbym.- powiedział Nathan i podszedł, dotykając moich włosów.- Są piękne.
- Dzięki.- bąknęłam, miło zaskoczona, a po chwili kontynuowałam.- Zanim z tobą pójdę, muszę jeszcze powiedzieć o tym mamie.
- Nie ma sprawy.- powiedział.- Gdzie ona jest?
- U pani Lindy.
Chłopak odwrócił się, otworzył drzwi i wyszedł na zewnątrz. Zrobiłam to samo, a na koniec zamknęłam drzwi na klucz. Stanęliśmy przed moim domem.
- Poczekaj.- powiedziałam, zwracając się do Nathana.- Jeśli Kate jest wampirem, to jak mogła wylecieć przez okno? Mamy środek słonecznego dnia!
Nathan wskazał sporą kupkę szarego pyłu, znajdującego się niedaleko nas. Spojrzałam w górę. Znajdowała się dokładnie pod wybitym oknem mojego domu.
- Czy to jest...- zaczęłam, przełykając ślinę.
- Tak, to jest Kate.- dokończył Nathan beznamiętnym tonem.- Wampir nie przeżyje spotkania ze słońcem. Widocznie nie była nikim ważnym w hierarchii wampirzej grupy, jeśli była na tyle głupia, żeby w słoneczny dzień wylecieć w postaci nietoperza przez okno. Innym razem dasz jej zeszyt od historii. Chodźmy.
Przemierzyliśmy kilkadziesiąt metrów i stanęliśmy przed drzwiami domu pani Lindy. Zadzwoniłam do drzwi. Po kilku chwilach otworzyła nam dobrze znana sąsiadka.
- Dzień dobry.- powiedziałam, uśmiechając się.- Ja przyszłam do mamy.
- Dzień dobry, wejdźcie.- powiedziała, zapraszając nas do środka.
Pani Linda była pogodną staruszką, o miłym wyrazie twarzy. Miała siwe włosy i zawsze elegancko się ubierała. Jednak czy była tą samą osobą, za którą się podawała? Może, tak jak moja najlepsza przyjaciółka Kate, z którą wiązałam tyle przyjemnych wspomnień i której mogła bezgranicznie ufać, okaże się krwiożerczą babcią - wampirem, która wyssie krew z mojej mamy, ze mnie i z Nathana, a później będzie zwabiała tu swoje ofiary na ciasteczka, a następnie przeobrazi się w wampira i zaatakuje bez uprzedzenia? Oblał mnie zimny pot, a przez moje ciało przebiegł dreszcz. Odsunęłam od siebie te myśli.
Pani Linda zamknęła drzwi. Znaleźliśmy się w ciemnym korytarzu. W głębi domu usłyszałam dźwięk telewizora i szczekanie psa.
- Tędy, proszę.- powiedziała sąsiadka.
Ruszyłam za nią, lecz Nathan chwycił mnie za ramię.
- Idź, ja tutaj zaczekam.
- Okej.- zgodziłam się.
Kobieta zaprowadziła mnie do bogato urządzonego salonu. Na każdej z wielu półek poustawiane były rośliny w doniczkach. Znajdowały się tam także skórzane fotele koloru błękitu. Telewizor był włączony na kanale informacyjnym. Obok stolika na kawę klęczała moja mama. Właśnie zakładana jednemu z dwójki psów rasy husky welfron i podłączała ich do kroplówek. Zwierzęta były markotne, chude i bez energii. Leżały na dywanie, patrząc na mnie obojętnym wzrokiem.
- Mamo?
Odwróciła się, zaskoczona.
- O, Cassie. Co ty tu robisz? Nathan za chwilę do ciebie przyjdzie.
- Już przyszedł.- odparłam, zdezorientowana.- Korepetycje zajęły nam dwie godziny.
Tak naprawdę na korepetycje składało się w dużej mierze walka z Kate i późniejsza próba dojścia do siebie.
Mama spojrzała na zegarek.
- Niemożliwe, dopiero przyszłam.
- Jak to? Już kilka godzin nie ma cię w domu!
- Jestem tu od paru minut.- powiedziała mama dobitnie.- Co chciałaś?
Postanowiłam nie drążyć dalej tego tematu, choć ta sytuacja wydała mi się nader dziwna.
- Chciałam wyjść z Nathanem.
- Dokąd?
- Nie wiem. Nathan gdzieś mnie zabiera.
- Kiedy wrócisz?
- Nie mam pojęcia.- wyznałam.
Mama westchnęła.
- I myślisz, że pozwolę ci iść?
- Tak, to przecież mój kolega z klasy, nikt obcy.
- Dobrze... ale nie wrócisz zbyt późno?
- Nie, postaram się nie.
- Niech będzie.- powiedziała uśmiechając się.- Baw się dobrze.
- Tutaj jest klucz od domu.- powiedziałam, podając go mamie.- Dziękuję.
Wyszłam z salonu, a sąsiadka odprowadziła mnie ku drzwiom wyjściowym, gdzie czekał zniecierpliwiony Nathan. Pożegnaliśmy sąsiadkę i znaleźliśmy się na chodniku ruchliwej ulicy.
- Dokąd teraz?- zapytałam.
Nathan bez słowa ruszył przed siebie. Przypomniałam sobie, że miałam nie zadawać pytań, więc milczałam. Zaczęliśmy iść naprzód chodnikiem na Helsey Street. Doszliśmy do Cooper Ave i skręciliśmy, przechodząc przez Highland Park. Wychodząc na Jamaica Ave, mijaliśmy masę bloków, biurowców, zwykłych budynków, a czasem fabryk. Drogi były szare i zadymione, pełne samochodów, wydzielających przez rury wydechowe jeszcze więcej smogu. Brzydziłam się tym miastem. Było złe. Okropne. Kiedyś być może nie było tu tyle zanieczyszczeń, ale w obecnym 2030 roku szkodliwość substancji w powietrzu była ogromnie przekroczona. Gdybym tylko mogła wrócić tam, gdzie nie ma smogu, a zieleń jest na każdym...
Z rozważań wyrwał mnie Nathan, który zaczął niespodziewanie biec naprzód. Zaskoczona, do pogoni zerwałam się dopiero po chwili.
- Zaczekaj!- krzyknęłam za nim.
Nie odpowiedział, przyspieszając. Mijaliśmy kolejny budynek. W pewnym momencie Nathan gwałtownie skręcił za jego róg, w ciemną uliczkę. Pobiegłam za nim, prawie tracąc grunt pod nogami. Chłopak mknął, przybliżając się stopniowo do jednej ze ścian zaułka.
- Niech dotknie cię cień!- wykrzyknął za mną Nathan.- Nie walcz z nim! Daj mu się pochłonąć!
- Co?!
Nic z tego nie zrozumiałam, byłam przerażona, ale spełniłam polecenie. O dziwo, gdy zbliżyłam się do ściany, ramieniem nie poczułam, że ją muskam. Obok mnie była pusta przestrzeń. Przeraziłam się. Co to miało znaczyć?
- Skacz!- krzyknął.
Nagle zauważyłam, że Nathan niespodziewanie odbija się od podłoża i rzuca na ścianę... w cień! Po chwili zupełnie zniknął! Wydałam z siebie zduszony okrzyk. Przed sobą zauważyłam murek z cegieł. Jeśli nie skoczę, uderzę w niego, pomyślałam. Zebrałam się w sobie i mimo strachu wskoczyłam w ciemność. Przed sobą nie widziałam nic. Leciałam, krzycząc, coraz niżej i niżej, aż w końcu straciłam świadomość, pozwalając, by pochłonął mnie cień.
___________________________________________________________________________________
Pierwszy rozdział oddaję w Wasze ręce :)
Co sądzicie o Nathanie? Czy Cassie dobrze zrobiła, postanawiając mu zaufać i idąc za nim w nieznane? :)
Pozdrawiam! :*
Zmarszczyłam brwi. Próbowałam przypomnieć sobie, co robiłam wczoraj wieczorem, ale... nic nie pamiętałam! Wiedziałam tylko tyle, że miałam czekać do godziny 4:14 i zobaczyć, co się wtedy będzie działo na dolnym piętrze. Nie miałam pojęcia, czy to widziałam. Ze złością stwierdziłam, że musiałam spokojnie przespać całą noc. To było jedyne racjonalne wyjaśnienie tego, że kompletnie nic nie pamiętałam.
Wzruszyłam ramionami i poszłam korytarzem w stronę schodów. Zeszłam po nich na dolne piętro i wkroczyłam do kuchni. Przy stole siedzieli już mama i tata.
- Cześć.- przywitałam się z nimi.
- Dzień dobry, jak ci się spało?- spytała mama.
- Bardzo dobrze.- powiedziałam, podchodząc i zajmując wolne krzesło obok taty zawiązującego krawat.- Dlaczego w moim pokoju nie ma drzwi?
Rodzice wymienili spojrzenia. Odniosłam wrażenie, że coś wiedzą, ale nie zamierzają mi o tym powiedzieć.
- Nie ma ich, ponieważ postanowiłem je odmalować. Były już stare i złaziła z nich farba.- powiedział tata, po chwili zmieniając temat.- Już jutro twoje urodziny, cieszysz się?
- No pewnie! Nie mogę się doczekać!
- Dobrze, w takim razie mama zorganizuje coś dobrego do jedzenia na jutro, a ja po pracy też jej pomogę. Teraz niestety muszę już iść.- powiedział, wstając od stołu.- Do zobaczenia potem.
- Cześć!- powiedziałyśmy z mamą.
Tata ubrał swoją brązową kurtkę i podążył ku wyjściu. Trzasnęły drzwi. Mama wstała od stołu, wzięła talerz z kanapkami z kredensu i położyła go przede mną.
- Smacznego.- życzyła mi z uśmiechem.
- Dzięki.
Zabrałam się do jedzenia, kiedy nagle zadzwonił dzwonek do drzwi. Popatrzyłyśmy po sobie ze zdumieniem.
- Tata czegoś zapomniał?- spytała mama, ruszając ku wyjściu.
- Niemożliwe, przecież wszedłby nie dzwoniąc.- odparłam.
Mama otworzyła drzwi i usłyszałam wymianę zdań.
- Dzień dobry, Lindo.- powiedziała.
- Dzień dobry- odpowiedziała kobieta, którą poznałam po głosie jako panią z sąsiedztwa.- Przepraszam, że przychodzę tak z rana bez zapowiedzi, ale coś strasznego dzieje się z moimi psami! Nie chcą jeść i pić od dwóch dni, leżą, nie śpią. Anno, pomocy!
- Zaczekaj, wezmę tylko moją teczkę.
Mama przemknęła przez kuchnię do swojego gabinetu, znajdującego się z prawej strony kuchni. Po kilku sekundach szła z powrotem, trzymając wypchaną teczkę. Zatrzymała się obok mnie.
- Cassie? Muszę na chwilę wyjść. Zjedz śniadanie i czekaj na mnie, dobrze?
- Okej.- byłam niezadowolona, bo chciałam zapytać mamę o te ciągłe zdarzenia przed moimi urodzinami.
Ruszyła ku drzwiom.
- Do zobacze... aha, zapomniałabym!- mama zatrzymała się w pół kroku i odwróciła do mnie.- Gdy jeszcze spałaś, dzwonił Nathan. Przyjdzie dzisiaj do ciebie.
- O której?- spytałam znudzona.
Nathan to jeden z nieuków w mojej klasie. Ma problemy z kilkoma przedmiotami, szczególnie z fizyką i chemią. A ja, na niekorzyść, muszę mu pomagać. Zrozumiałabym, gdyby jeszcze coś załapał po moich lekcjach, ale on kompletnie nic nie umie! Staram się jak mogę, ale moje "korepetycje" nie przynoszą efektów i na każdej lekcji w moim domu muszę tłumaczyć mu to samo!
- O jedenastej- powiedziała mama.
- "Czyli za piętnaście minut!"- pomyślałam, zła, a głośno odparłam.- Okej, miłej pracy.
- Do zobaczenia.- odpowiedziała i wyszła wraz z sąsiadką.
Znów trzasnęły drzwi. Zostałam sama, jak zwykle. Mama była weterynarzem, więc często zdarzało się jej wychodzić z domu, by pomóc chorym lub rannym zwierzętom sąsiadów. Miałam tylko 15 minut swobody. Potem będę się męczyć, żeby jakoś wytłumaczyć Nathanowi fizykę lub chemię, której z pewnością i tak nie zrozumie.
Dokończyłam jedzenie kanapek i wstałam z krzesła. Ruszyłam do mojego pokoju, by ubrać się i wziąć z niego parę rzeczy. Wyszłam po schodach na piętro i przekraczając próg, po raz drugi dzisiaj zdziwiłam się, dlaczego nie ma moich drzwi. Jakoś nie chciało mi się wierzyć, że tata wyciągnął je z zawiasów w celu odmalowania, kiedy jeszcze spałam. Gdybym tylko potrafiła sobie przypomnieć, co działo się w nocy, byłoby mi o wiele łatwiej. No cóż, nie miałam takiej możliwości. Choćbym nie wiem jak się starała, w mojej głowie była pustka. Nie, nic wczoraj nie piłam. Nie lubię alkoholu, dopiero co skończyłam 15 lat!
Tak rozmyślając, podeszłam do szafki. Wyciągnęłam z niej świeże ubrania, a następnie zrzuciłam z siebie pidżamę i przebrałam się w nie. Poszłam do łazienki, biorąc z półki grzebień. Kiedy już rozczesałam moje długie do ramion włosy, odłożyłam grzebień na swoje miejsce i podążyłam do pokoju. Podeszłam do mojego plecaka. Wyciągnęłam z niego książki, które z pewnością będą mi za chwilę potrzebne. Podręcznik do fizyki i chemii, kilka kartek, piórnik... to wszystko. Zamknęłam plecak, wstając. Rozejrzałam się po pokoju. Jego wygląd nie zmienił się od wczorajszej nocy. Z lewej strony na półce stały moje książki, dalej łóżko, obok niego szafka nocna, na niej lampka i zegarek. Po prawej stronie znajdowała się szafa, półki na różne drobiazgi i biurko, na którym odrabiałam lekcje. Normalny pokój piętnastolatki.
Wyszłam z niego i schodząc na parter, skierowałam się do salonu. Tu także wszystko było na swoim miejscu. Na ścianie po lewej stronie wisiał telewizor, po prawej stała sofa i fotele, a przed nimi stół.
Położyłam na nim zeszyty, książki, piórnik oraz kartki. Podeszłam do okna i ujrzałam zwykły widok: odrapane bloki, szare ulice, dym ze spalin unoszący się nad krętymi ulicami. Ani skrawka zieleni. Z obrzydzeniem odeszłam od okna. Nienawidziłam tego miasta. Czułam się w nim jak w klatce, wszędzie zabetonowane osiedla, autostrady, miliardy fabryk i samochodów stojących w gigantycznych korkach i zatruwających środowisko oraz bloki pnące się ku niebu. Wszędzie szarość, widoczna aż po horyzont.
Usiadłam na jednym z foteli. Pamiętam, jak pięknie było na wsi. Wszędzie pola, lasy, góry i przede wszystkim czyste powietrze! Nigdy tego nie zapomnę. Mimo, że to było dawno, pamiętam tę przestrzeń i wolność. Gdy w zimie biegałam po polach, widziałam, jak ziemia zlewa się z niebem. Nie tak, jak tutaj, w mieście.
Z rozmyślań wyrwał mnie dzwonek do drzwi. O nie, pomyślałam. Nathan. Znudzona i zrezygnowana poszłam otworzyć drzwi.
- Hej.- powiedziała osoba, której się spodziewałam.
Nathan był dość wysokim chłopakiem o czarnych włosach i przenikliwym spojrzeniu. Nosił okulary, a gdy się uśmiechnął, dostrzegłam aparat na jego zębach. Ubrany był w sweter w szaro- brązowe paski i szerokie, czerwone spodnie. Miał miodowo-złote oczy i patrzył na mnie rozmarzonym wzrokiem.
Jeszcze tego mi brakowało, żeby Nathan się we mnie podkochiwał, pomyślałam.
- Wejdź, proszę.- powiedziałam na głos.
- Dzięki.
Poszliśmy do salonu. Nathan zdjął swoją torbę, którą miał dotychczas przewieszoną przez ramię i usiadł na kanapie. Ja opadłam na siedzenie obok niego.
- Od czego zaczynamy?- spytałam.
- Może od chemii.
- Okej.
Wzięłam książkę i otworzyłam ją na pierwszej stronie. Rozdział nosił nazwę: "Rodzaje wiązań chemicznych".
- No więc tak.- zaczęłam wykład.- W szkole poznaliśmy trzy rodzaje wiązań: kowalencyjne niespolaryzowane, spolaryzowane i jonowe.
- A co to są wiązania?- spytał.
- Na to pytanie odpowiadałam na poprzednich korepetycjach. Poczekaj, dojdziemy do tego. Więc tak, wiązanie kowalencyjne spo...
- Co to znaczy "kowalencyjne"?- wtrącił znów.
- Na razie skupmy się na rodzajach wiązań, bo każdy jest inny.
- Dlaczego są tylko trzy? A nie osiem?
Byłam na skraju wytrzymałości.
- Ponieważ tyle do tej pory poznaliśmy w szkole. No więc wiąz...
Nagle rozległ się dzwonek do drzwi.
- Poczekaj, pójdę otworzyć, pewnie mama wróciła.
- Dobrze, Cass.
Wstałam z kanapy i ruszyłam do drzwi, czując na plecach wzrok Nathana. Irytowało mnie to, że mówił do mnie "Cass", zadawał tyle bezsensownych pytań oraz, że nie dawał mi dojść do słowa w moich korepetycjach. Wszystko mnie w nim denerwowało!
Wściekła stanęłam przed drzwiami, otwierając je. Doznałam lekkiego zdziwienia.
- Hej, Kate.- powiedziałam, ujrzawszy w progu moją przyjaciółkę.
- Cześć, Cassie. Słuchaj, mam do ciebie ogromną prośbę: pożyczyłabyś mi zeszyt do historii? Brat zalał mi mój kawą i muszę cały przepisać.
- Jasne, wejdź, zaraz go poszukam.- zaprosiłam ją gestem.
- Dzięki.
Znów skierowałam się do salonu, tym razem w towarzystwie Kate. Nathan obrzucił ją podejrzliwym spojrzeniem i wypowiedział suche: "cześć", a ona odpowiedziała mu tym samym. Zdziwiła mnie ta oschłość w ich głosach. Czyżby się nie lubili? Możliwe, że Kate mu dokuczała - tak jak cała nasza klasa - chociaż nigdy tego nie zauważyłam. Takie rzeczy mogły mieć jednak miejsce, przecież nie chodzę krok w krok za Nathanem.
Skończyłam moje rozmyślania i zwróciłam się do Kate, stojącej tuż obok mnie.
- Poczekaj tutaj, pójdę po zeszyt. Rozgość się.
- Nie ma sprawy.- powiedziała, uśmiechając się do mnie.
Odwróciłam się, kierując w stronę schodów. Zeszyt powinien być na półce, pod książką do historii, uczyłam się z niego wieczorem.
Niespodziewanie poczułam uderzenie. Upadłam na podłogę, a coś ciężkiego przygniotło mnie do ziemi. Krzyknęłam, próbując się wyrwać, jednak nie dałam rady. Usłyszałam nad sobą powarkiwania i szarpaninę. Nagle, tak szybko jak się pojawił, ciężar z moich pleców zniknął, a ja podniosłam się z ziemi najszybciej jak mogłam. Obejrzałam się za siebie. Widok przeraził mnie jeszcze bardziej.
Kate stała kilkanaście kroków ode mnie. Na ziemi leżały moje potargane podręczniki, a kartki fruwały po całym salonie. Dziewczyna nie wyglądała już jak moja zadbana przyjaciółka. Miała poszarpany sweter i dżinsy, a włosy, dotychczas spięte w idealny kok, były w nieładzie. Jej twarz nabrała dzikiego wyrazu, oczy żarzyły się jak dwa węgle rozpalone do czerwoności. Mogłabym przysiąc, że widziałam już gdzieś takie ślepia. Niestety, nie mogłam sobie przypomnieć, gdzie. Kate rozchyliła usta w grymasie wściekłości, ukazując zęby ostre jak brzytwa. Obok niej dostrzegłam Nathana. Miał głębokie rozcięcie na ramieniu, lecz mimo tego stał w gotowości do walki. Jego okulary przekrzywiły się, ale nie zwracał na to najmniejszej uwagi.
- Kate?- wyjąkałam z przerażeniem.- Co się...
Nie skończyłam, ponieważ rzuciła się na mnie z pazurami. Na szczęście z lewej strony wyskoczył Nathan, złapał mnie w locie i odepchnął. Kilka milimetrów dzieliło moją twarz od kłów Kate, która przeleciała obok nas. Potoczyłam się po podłodze. Odwróciłam się, wstając jak najszybciej w momencie, gdy Nathan wyjął z ust... aparat na zęby i rzucił nim o podłogę! Następnie ściągnął okulary, które pękły i powyginały się po spotkaniu z ziemią. Ze zdumienia otworzyłam szerzej oczy. Co się tutaj działo?
- Nie uratujesz jej.- wychrypiała Kate, podchodząc do Nathana.- Wycofaj się, a może dam ci uciec!
- Nigdy! To ty opuścisz ten dom albo będę zmuszony wyrzucić cię z niego siłą!
- Ojoj, Strażnik się zdenerwował?- moja przyjaciółka parsknęła śmiechem.- Jakie to straszne, już wychodzę! Tylko zabiorę coś, co jest mi potrzebne!
Ruszyła w moją stronę z krzywym uśmiechem. Cofnęłam się aż do ściany za kanapą.
- Nie bój się.- warknęła.- Przynieś mi zeszyt, dobrze?
Przerażona, spojrzałam na Nathana i ze zdziwienia utkwiłam w nim wzrok. Stał kilka kroków ode mnie. Ściągnął właśnie sweter, ukazując kryjącą się pod spodem jaskrawopomarańczową koszulkę. Zamiast dresów miał teraz na sobie granatowe spodenki sięgające mu do kolan. Stał idealnie wyprostowany, a po garbie nie było śladu. Jego włosy były rozczochrane, przez co był jeszcze bardziej przystojny. Wydawało się, że nie stoi już przede mną brzydki nieuk, a zupełnie inna osoba!
"Nowy" Nathan ominął Kate oraz kanapę i stanął obok mnie. Zdałam sobie sprawę, że do tej pory rozdziawiałam usta w wyrazie głębokiego szoku, co musiało wyglądać dość dziwnie. Zamknęłam je więc, nadal przerażona zaistniałą sytuacją.
- Wszystko okej? Nic ci nie jest?- spytał, spoglądając na mnie.
- Nie! Nic nie jest okej! Wytłumacz mi to! Co tu się dzieje?
Kate roześmiała się, ukazując długie, białe kły.
- Jakie to szlachetne, że ją bronisz, Strażniku, ale twa odwaga nie wystarczy.
- Czemu tak mówisz do Nathana?- spytałam.
Moja przyjaciółka udała zdziwioną.
- Nic jej nie powiedziałeś? Tak bez uprzedzenia? Nieładne zagranie.- zwróciła się do chłopaka.
- Odejdź!- krzyknął ze złością i zamachnął się na nią pięścią.- Wampiry takie jak ty nie są tu mile widziane!
Kate wdzięcznie odskoczyła i wylądowała kilka kroków dalej. Zamarłam z przerażenia.
- Co powiedziałeś?- spytałam Nathana.
Odwrócił do mnie głowę.
- Cassie, Kate to...
Sekundę później uderzył o ścianę. Osunął się na ziemię, nieprzytomny.
- Nathan!- krzyknęłam, przestraszona.
To przeze mnie, pomyślałam. Wystarczyła chwila nieuwagi.
- Jesteś wampirem?- spytałam moją przyjaciółkę.
Kate zachichotała i uderzyła. Odsunęłam się, fundując jej pięści spotkanie ze ścianą. Wampirzyca zasyczała ze złością i ponownie zaatakowała. Cofałam się, zakrywając rękoma przed ciosem, które sypały się w moją stronę jak grad. Serce biło mi jak szalone, nie wiedziałam, co się dzieje. Przerażona prosiłam w duchu, by Nathan podniósł się i mi pomógł. Kątem oka dostrzegłam, że leży w tej samej pozycji pod ścianą. Krzyknęłam do niego, lecz nawet się nie poruszył. Ogarniał mnie coraz większy strach. W ostatniej chwili uchyliłam się przed kolejnym ciosem Kate, robiąc szybki krok w tył.
Niepodziewanie natrafiłam na przeszkodę, w postaci oparcia kanapy. Przechyliłam się w tył, tracąc równowagę, a gdy wampir chciał mi podciąć nogi, podskoczyłam, dziwiąc się samej sobie. Co ja wyprawiam?
Poleciałam w tył przez oparcie, a moje nogi podskoczyły w górę. Gdy Kate podeszła, rąbnęły ją prosto w brodę. Wrzasnęła na mnie, chwytając mnie za kostki.
- Hej, wampirze!- rozległ się krzyk Nathana.- Łap!
Na dźwięk jego głosu opanowała mnie radość. Odwróciłam głowę w kierunku, skąd dochodził jego głos. Sekundę później dostrzegłam stolik z salonu, który szybował przez pokój wprost na Kate. Wampirzyca wydała z siebie zduszony okrzyk i wypadła z pokoju trafiona meblem. Nathan podbiegł do mnie.
- Nic ci się nie stało?- spytał, podnosząc mnie.
- Masz mi dużo do wyjaśnienia, nie udawaj, że akurat nagle się o mnie troszczysz! Najpierw miesiącami zadręczasz mnie nauką...- wyliczałam, chodząc w kółko po salonie.-...następnie z brzydkiego robisz się przystojny! Moja najlepsza przyjaciółka jest wampirem i cholernie chce zeszyt do historii, tak bardzo, że aż postanowiła zrobić mi z pokoju pobojowisko, a mnie zabić!
Nathan westchnął.
- Jesteś okropny, kim ty tak naprawdę jesteś?!- krzyczałam na niego.
Odwróciłam się i pomaszerowałam w kierunku drzwi wyjściowych. Nie uszłam kilku kroków, gdy chłopak chwycił mnie za ramiona i ustawił do siebie przodem. Następnie położył swój palec na moich ustach. To mnie, nie ukrywam, zaskoczyło. Zesztywniałam, milknąc.
- Ćśś...- szepnął mi do ucha.- Cassie, wiem, że to nie jest dla ciebie proste, musisz mi zaufać. Po prostu uwierz i pozwól zadbać o twoje bezpieczeństwo. Proszę.
Jego twarz była niemożliwie blisko mojej. Zarumieniłam się i powoli, sekunda za sekundą, uspokoiłam. Nadal jednak byłam tym wszystkim przerażona, a moją głowę rozsadzało miliard pytań, obaw i uczuć.
Wziął palec z moich warg i odsunął się ode mnie. Mimo to dalej czułam jego dotyk na swoich ustach.
- Dobrze... ale ja po prostu się boję!- wychrypiałam i spuściłam wzrok.
Zdumiałam się, gdy ujął mnie pod brodę
- Już niedługo wszystkiego się dowiesz. Jeśli będzie trzeba, poświęcę się dla Ciebie, bylebyś nie musiała się bać.
Jego głos był dla mnie kojący, słyszalny nawet jako szept. Nikt, przenigdy nie mówił do mnie w ten sposób. Chociaż niewiele rozumiałam, a strach mnie nie opuszczał, postanowiłam dać mu szansę.
- Dobrze, postaram Ci się zaufać- powiedziałam.
Naszą rozmowę przerwał krzyk. Chwilę później w drzwiach do salonu stanęła rozwścieczona Kate. Dostrzegłam, że kawałek blatu utknął jej we włosach.
- To nie koniec.- zachichotała.- Miałam tylko ostrzec i przekazać wiadomość. Demony przejęły kontrolę. Mają słońce w garści, a Ognisty Pierścień jest w ich władaniu. Nic już nie możecie zrobić. Zbliża się Dzień Czarnego Słońca. Już niedługo Strażnicy i noc będą tylko wspomnieniem!
Na naszych oczach zmieniła się w czarnego nietoperza, przeleciała przez cały salon, machnęła skrzydłami i wyleciała przez okno, wybijając szybę. Odetchnęłam głośno z ulgą. Nathan podszedł żwawym krokiem i usiadł na kanapie. Zrobiłam to samo.
- Co to ma znaczyć? Co się właściwie stało? Nie wierzę! Jak ja to wytłumaczę mamie?- pytałam z jękiem.
- Na razie nie jest to ważne. Gdzie moja torba?
Rozejrzałam się i mój wzrok padł na poduszce. Podniosłam ją i znalazłam to, czego szukałam. Podałam torbę Nathanowi. Wziął ją ode mnie i rozsunął zamek. Wyjął z niej mały pakunek i bukiet róż.
- Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, Cassie.- powiedział, uśmiechając się do mnie.
Wręczył mi prezent. Byłam mile zaskoczona.
- Ile to dzisiaj niespodzianek...- szepnęłam, a po chwili zaczęłam głośniej.- Dziękuję za pamięć, Nathan, ale urodziny mam dopiero jutro. Dlaczego dajesz mi to dzisiaj?
W momencie spoważniał.
- Ponieważ jutro może nie nadejść zbyt szybko.- odparł zagadkowo.
Zabrałam się do otwarcia paczuszki. Nathan powstrzymał mnie gestem.
- Nie otwieraj tego teraz.
- Dlaczego?
- Zrób to dla mnie i choć na chwilę powstrzymaj się od pytań.
- Łatwo ci mówić.- mruknęłam.
- Chodź, musimy iść.- powiedział Nathan, wstając.
Przez cały czasu nie mogłam oderwać wzroku od jego miodowo-złotych oczu i zupełnie czarnych włosów. Podniosłam się z kanapy, zostawiając na niej bukiet i idąc w ślad za nim.
- Gdzie?- spytałam, pełna niepokoju.
- Do miejsca, gdzie będziesz bezpieczna.
- To znaczy?
- Zobaczysz.
Zaczynało mnie to coraz bardziej irytować. Pełno nierozwiązanych spraw, miałam mętlik w głowie, byłam przerażona, a on jeszcze chciał mnie gdzieś zawlec! Z drugiej strony uratował mnie od Kate. Gdyby chciał zrobić mi krzywdę, zostawiłby mnie na pastwę wampira.
- I znów zagadki.- powiedziałam, wzdychając.
- Przykro mi, ale to konieczne. Nikt nie może się o nas dowiedzieć.
- Jak to? Przecież zna nas połowa miasta!
- "Nas", to znaczy Strażników.
- Ach, tak. Czego strzeżecie?
- Wszystko ci pokażę. Chodź już wreszcie, nie mamy dużo czasu.
- Nie mogę tak po prostu wyjść! Gdzie mnie zabierasz?
- To dość daleko.
- I ty myślisz, że zgodzę się na to?- spytałam, krzyżując ręce na piersi.
Nathan znów zbliżył się do mnie tak, że dotykaliśmy się czołami. Wzdrygnęłam się, ale byłam zbyt sparaliżowana tą bliskością, by się odsunąć. Chłopak patrzył mi prosto w oczy, a mnie na zmianę to robiło się gorąco, to oblewał zimny pot.
- Myślę, że mi zaufasz na tyle, by dać się zaprowadzić do celu bez pytań.- odezwał się prawie szeptem.- Bardzo cię lubię i w twoich oczach widzę, że ty mnie też.
Zawstydziłam się, spuszczając wzrok.
- Obiecuję, że w każdej chwili będziesz mogła tutaj wrócić. I przyrzekam, że zrobię wszystko, byś zawsze była bezpieczna.
Westchnęłam.
- Nathan, właśnie stoczyłam walkę z moją najlepszą przyjaciółką, której ufałam jak nikomu innemu. Była dla mnie jak siostra. Teraz okazuje się, że to wampir czyhający na moje życie. Następnie ty - nie obraź się, ale do tej pory byłeś okropnie brzydki. A teraz? Jesteś zupełnie innym chłopakiem. Jak mogę ci zaufać? Nie mam nawet pewności, czy dalej jesteś tym, kim byłeś do tej pory.
- Cassie... udawałem nieuka potrzebującego korepetycji, by być blisko ciebie, by mieć na ciebie oko. Zmienił się we mnie tylko wygląd. Jestem taki sam, jaki byłem rok, czy dwa lata temu. Nadal nazywam się Nathan. Musisz pogodzić się z pewnymi rzeczami, jak z Kate, która jest wampirem. Proszę, zaufaj mi. Chcę cię tylko chronić.
Spoglądałam na niego z przejęciem. Po chwili namysłu odparłam drżącym głosem:
- Okej. Pójdę się spakować.
Odsunęłam się od Nathana, kierując się w stronę schodów, lecz on mnie powstrzymał.
- Zaczekaj, to nie będzie konieczne. Chodź już.
Nathan założył torbę na ramię i wszedł do korytarza. Zatrzymał się przy drzwiach.
- Daj mi swój prezent. Schowam go.
Podałam mu paczuszkę.
- Wezmę chociaż kilka ubrań.- nalegałam.
- Nie, wystarczy ci to, co masz na sobie.
Miał rację. Byłam ubrana w czarną koszulkę, białą bluzę, dżinsy i zielone trampki. Był środek lata, więc było ciepło.
- Ach, zapomniałbym.- powiedział Nathan i podszedł, dotykając moich włosów.- Są piękne.
- Dzięki.- bąknęłam, miło zaskoczona, a po chwili kontynuowałam.- Zanim z tobą pójdę, muszę jeszcze powiedzieć o tym mamie.
- Nie ma sprawy.- powiedział.- Gdzie ona jest?
- U pani Lindy.
Chłopak odwrócił się, otworzył drzwi i wyszedł na zewnątrz. Zrobiłam to samo, a na koniec zamknęłam drzwi na klucz. Stanęliśmy przed moim domem.
- Poczekaj.- powiedziałam, zwracając się do Nathana.- Jeśli Kate jest wampirem, to jak mogła wylecieć przez okno? Mamy środek słonecznego dnia!
Nathan wskazał sporą kupkę szarego pyłu, znajdującego się niedaleko nas. Spojrzałam w górę. Znajdowała się dokładnie pod wybitym oknem mojego domu.
- Czy to jest...- zaczęłam, przełykając ślinę.
- Tak, to jest Kate.- dokończył Nathan beznamiętnym tonem.- Wampir nie przeżyje spotkania ze słońcem. Widocznie nie była nikim ważnym w hierarchii wampirzej grupy, jeśli była na tyle głupia, żeby w słoneczny dzień wylecieć w postaci nietoperza przez okno. Innym razem dasz jej zeszyt od historii. Chodźmy.
Przemierzyliśmy kilkadziesiąt metrów i stanęliśmy przed drzwiami domu pani Lindy. Zadzwoniłam do drzwi. Po kilku chwilach otworzyła nam dobrze znana sąsiadka.
- Dzień dobry.- powiedziałam, uśmiechając się.- Ja przyszłam do mamy.
- Dzień dobry, wejdźcie.- powiedziała, zapraszając nas do środka.
Pani Linda była pogodną staruszką, o miłym wyrazie twarzy. Miała siwe włosy i zawsze elegancko się ubierała. Jednak czy była tą samą osobą, za którą się podawała? Może, tak jak moja najlepsza przyjaciółka Kate, z którą wiązałam tyle przyjemnych wspomnień i której mogła bezgranicznie ufać, okaże się krwiożerczą babcią - wampirem, która wyssie krew z mojej mamy, ze mnie i z Nathana, a później będzie zwabiała tu swoje ofiary na ciasteczka, a następnie przeobrazi się w wampira i zaatakuje bez uprzedzenia? Oblał mnie zimny pot, a przez moje ciało przebiegł dreszcz. Odsunęłam od siebie te myśli.
Pani Linda zamknęła drzwi. Znaleźliśmy się w ciemnym korytarzu. W głębi domu usłyszałam dźwięk telewizora i szczekanie psa.
- Tędy, proszę.- powiedziała sąsiadka.
Ruszyłam za nią, lecz Nathan chwycił mnie za ramię.
- Idź, ja tutaj zaczekam.
- Okej.- zgodziłam się.
Kobieta zaprowadziła mnie do bogato urządzonego salonu. Na każdej z wielu półek poustawiane były rośliny w doniczkach. Znajdowały się tam także skórzane fotele koloru błękitu. Telewizor był włączony na kanale informacyjnym. Obok stolika na kawę klęczała moja mama. Właśnie zakładana jednemu z dwójki psów rasy husky welfron i podłączała ich do kroplówek. Zwierzęta były markotne, chude i bez energii. Leżały na dywanie, patrząc na mnie obojętnym wzrokiem.
- Mamo?
Odwróciła się, zaskoczona.
- O, Cassie. Co ty tu robisz? Nathan za chwilę do ciebie przyjdzie.
- Już przyszedł.- odparłam, zdezorientowana.- Korepetycje zajęły nam dwie godziny.
Tak naprawdę na korepetycje składało się w dużej mierze walka z Kate i późniejsza próba dojścia do siebie.
Mama spojrzała na zegarek.
- Niemożliwe, dopiero przyszłam.
- Jak to? Już kilka godzin nie ma cię w domu!
- Jestem tu od paru minut.- powiedziała mama dobitnie.- Co chciałaś?
Postanowiłam nie drążyć dalej tego tematu, choć ta sytuacja wydała mi się nader dziwna.
- Chciałam wyjść z Nathanem.
- Dokąd?
- Nie wiem. Nathan gdzieś mnie zabiera.
- Kiedy wrócisz?
- Nie mam pojęcia.- wyznałam.
Mama westchnęła.
- I myślisz, że pozwolę ci iść?
- Tak, to przecież mój kolega z klasy, nikt obcy.
- Dobrze... ale nie wrócisz zbyt późno?
- Nie, postaram się nie.
- Niech będzie.- powiedziała uśmiechając się.- Baw się dobrze.
- Tutaj jest klucz od domu.- powiedziałam, podając go mamie.- Dziękuję.
Wyszłam z salonu, a sąsiadka odprowadziła mnie ku drzwiom wyjściowym, gdzie czekał zniecierpliwiony Nathan. Pożegnaliśmy sąsiadkę i znaleźliśmy się na chodniku ruchliwej ulicy.
- Dokąd teraz?- zapytałam.
Nathan bez słowa ruszył przed siebie. Przypomniałam sobie, że miałam nie zadawać pytań, więc milczałam. Zaczęliśmy iść naprzód chodnikiem na Helsey Street. Doszliśmy do Cooper Ave i skręciliśmy, przechodząc przez Highland Park. Wychodząc na Jamaica Ave, mijaliśmy masę bloków, biurowców, zwykłych budynków, a czasem fabryk. Drogi były szare i zadymione, pełne samochodów, wydzielających przez rury wydechowe jeszcze więcej smogu. Brzydziłam się tym miastem. Było złe. Okropne. Kiedyś być może nie było tu tyle zanieczyszczeń, ale w obecnym 2030 roku szkodliwość substancji w powietrzu była ogromnie przekroczona. Gdybym tylko mogła wrócić tam, gdzie nie ma smogu, a zieleń jest na każdym...
Z rozważań wyrwał mnie Nathan, który zaczął niespodziewanie biec naprzód. Zaskoczona, do pogoni zerwałam się dopiero po chwili.
- Zaczekaj!- krzyknęłam za nim.
Nie odpowiedział, przyspieszając. Mijaliśmy kolejny budynek. W pewnym momencie Nathan gwałtownie skręcił za jego róg, w ciemną uliczkę. Pobiegłam za nim, prawie tracąc grunt pod nogami. Chłopak mknął, przybliżając się stopniowo do jednej ze ścian zaułka.
- Niech dotknie cię cień!- wykrzyknął za mną Nathan.- Nie walcz z nim! Daj mu się pochłonąć!
- Co?!
Nic z tego nie zrozumiałam, byłam przerażona, ale spełniłam polecenie. O dziwo, gdy zbliżyłam się do ściany, ramieniem nie poczułam, że ją muskam. Obok mnie była pusta przestrzeń. Przeraziłam się. Co to miało znaczyć?
- Skacz!- krzyknął.
Nagle zauważyłam, że Nathan niespodziewanie odbija się od podłoża i rzuca na ścianę... w cień! Po chwili zupełnie zniknął! Wydałam z siebie zduszony okrzyk. Przed sobą zauważyłam murek z cegieł. Jeśli nie skoczę, uderzę w niego, pomyślałam. Zebrałam się w sobie i mimo strachu wskoczyłam w ciemność. Przed sobą nie widziałam nic. Leciałam, krzycząc, coraz niżej i niżej, aż w końcu straciłam świadomość, pozwalając, by pochłonął mnie cień.
___________________________________________________________________________________
Pierwszy rozdział oddaję w Wasze ręce :)
Co sądzicie o Nathanie? Czy Cassie dobrze zrobiła, postanawiając mu zaufać i idąc za nim w nieznane? :)
Pozdrawiam! :*
sobota, 13 czerwca 2015
Prolog - Koszmary nocne
Siedziałam sama w pokoju. Była noc, wszyscy już spali. Oprócz mnie. Nie bałam się ciemności, ani tego, co może kryć się w mroku. Od dziecka nie straszne mi potwory w szafie, duchy i straszydła pod łóżkiem. Nie wierzyłam w takie rzeczy.
Odkąd pamiętam cierpiałam na bezsenność. Nocami lubiłam usiąść sobie obok okna i popatrzeć na księżyc, przemyśleć wszystko dokładnie lub by po prostu poczytać książkę. Tym razem jednak nie robiłam ani tego, ani tego. Czekałam na coś, co miało się dziś wydarzyć. Wiedziałam, że coś się stanie. Jutro kończyłam piętnaście lat i pamiętam bardzo dokładnie, jak zawsze dzień przed urodzinami, nocą słyszałam dziwne odgłosy dochodzące z dolnego piętra, jakieś wrzaski, czasem brzęk szkła. Kiedyś byłam za mała, by pójść sprawdzić, co się wtedy działo. W tej chwili byłam gotowa na wszystko.
Z niecierpliwością czekałam na moment, gdy to "coś" się zacznie. Zawsze była to wtedy godzina 4:14. Spojrzałam na mój zegarek leżący na szafce nocnej, koło lampki. Pokazywał 4:00 nad ranem. Jeszcze tylko czternaście minut.
Zaczęłam się niecierpliwić. Spojrzałam za okno. Księżyc skrył się całkowicie za chmurami i na dworze oraz w moim pokoju zapanowała ciemność. Jedynie żarówka lampki sączyła trochę światła, rozpraszając mrok.
Dziesięć minut. Byłam bardzo zdenerwowana. Co zobaczę na dole? Czy to jest niebezpieczne? Może nie powinnam iść? Co przez te wszystkie lata działo się w moim domu?
Potrząsnęłam głową, uwalniając się od pytań, które przelatywały mi przez myśli jak szalone. Mimo wszystko musiałam to sprawdzić. Jeśli rodzice rok w rok przekonują mnie, że nocą nic nie słyszą, sama odkryję źródło hałasów.
Pięć minut. Niespodziewanie tuż koło mnie rozległ się głośny huk. Światło błysnęło i zgasło, a w pokoju zapanował mrok. Podskoczyłam przestraszona i z bijącym sercem zaczęłam rozglądać się po pomieszczeniu. Dobrze, że lekki wiatr przegnał chmury na północne niebo, odsłaniając skryty za nimi księżyc. W przeciwnym wypadku nic bym nie widziała. Pomieszczenie zostało dostatecznie rozświetlone poświatą satelity Ziemi, bym mogła cokolwiek dostrzec. Mój wzrok padł na lampce. Obok niej dostrzegłam mieniące się odłamki szkła. No tak, żarówka pękła. To się zdarza.
Minuta. Lada chwila zacznie coś się dziać i będę musiała zejść na dół, mimo obaw i wątpliwości. Wstałam z łóżka, poddenerwowana, ale gotowa na wszystko. Cokolwiek zobaczę... no cóż, okaże się, co zrobię. Zerknęłam na zegarek. Dobrze, że świecił w ciemności- w przeciwnym wypadku nie wiedziałabym, która godzina.
Dziesięć sekund. Zaczęłam odliczać czas pozostały do momentu, na który czekałam. Dziewięć sekund. Osiem. Siedem. Sześć. Pięć. Cztery. Trzy. Dwa- odetchnęłam głęboko. Sekunda.
4:14. Nasłuchiwałam w napięciu. Przebiegłam wzrokiem po meblach, oknie i drzwiach. Nic się nie wydarzyło. Żaden dźwięk, wrzask lub brzęk tłuczonego szkła nie dotarł do mnie tak jak w poprzednich latach. Zdecydowanie coś było nie tak.
Nagle usłyszałam cichy szept. Ogarnął mnie strach. Choć gorączkowo wypatrywałam jego źródła nie mogłam go znaleźć, nawet w świetle księżyca. Głos się nasilał i rozpoznałam słowo: Cassandra.
Moje serce przyspieszyło biegu. Ten "ktoś" mnie wołał. Cały czas, coraz głośniej powtarzał to samo imię.
- Cassandro? Kochanie mogłabyś tu przyjść?- niespodziewanie zabrzmiał głos mojej mamy.
- Mamo?- spytałam.
Zaintrygowana podeszłam do drzwi, nie otrzymawszy odpowiedzi. Mamę z pewnością obudził huk, gdy żarówka pękła. Nacisnęłam klamkę. Momentalnie ogarnął mnie chłód.
Krzyknęłam. Widok zmroził mi krew w żyłach. Naprzeciwko mnie, w powietrzu unosiła się ciemna sylwetka postaci. Była cały czarny, a jej oczy żarzyły się rubinową czerwienią. Patrzyła wprost na mnie. Zamknęłam drzwi, cofając się kilka kroków w tył i trzęsąc się z przerażenia. Po chwili wejście zrobiło się czarne i zjawa ukazała się znów, przechodząc przez nie. Jej oczy ciągle były wpatrzone we mnie. Serce podeszło mi do gardła. Ciemna postać ruszyła w moją stronę, sunąc w powietrzu i roztaczając wokół siebie chłód przenikający do kości.
Nie mogłam się poruszyć ani wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Przywarłam plecami do ściany, sparaliżowana przez strach.
- Cassie...- odezwała się zjawa syczącym głosem.
Jej głos przeniknął do mojego mózgu, wbijając się do niego jak igły. Poczułam przeszywający ból w czaszce. Uklękłam, trzymając się obiema rękami za pulsującą głowę. Widziałam wszystko na czerwono, więc zamknęłam oczy, odrywając wzrok od zjawy. Czułam jej obecność tuż nad sobą, nie musiałam na nią patrzeć. Serce biło mi z przerażenia jak szalone, a włosy stanęły dęba. Ogarnął mnie paraliżujący strach.
- Zostaw mnie, proszę, zostaw mnie.- zdołałam z siebie wykrztusić.
W tym momencie nastąpiła eksplozja. Coś wybuchło z hukiem i trzaskiem, a na mnie posypało się drewno i drzazgi.
- Odejdź!- krzyknął jakiś głos.
Otworzyłam oczy i zostałam oślepiona przez świetliście jasny rozbłysk. Zjawa zaczęła przeraźliwie wrzeszczeć, a ja znów zamknęłam oczy.
Nastąpiła cisza. Nie wiedziałam co się stało, czy upiór jeszcze jest w moim pokoju, co to za huk i do kogo należał ten głos. Nie chciałam tego wiedzieć.
Po chwili poczułam czyjąś dłoń na ramieniu. Odruchowo krzyknęłam, zakrywając głowę rękoma. Nie poczułam jednak chłodu. Ten dotyk był ciepły. Ktoś mnie przytulił. Nie wiedziałam, kim ta osoba jest, ale strach ustąpił. Napięcie też. Zaczęłam płakać, a nieznajomy przytulił mnie jeszcze mocniej.
- Już dobrze, nie płacz.- szepnął mi do ucha.- Jesteś bezpieczna.
Z jego głosu poznałam, że był to chłopak.
- Byłaś bardzo dzielna.- mówił do mnie.
- Nie, ja się bałam, ja się tak strasznie bałam.- mówiłam przez łzy.
- Spokojnie, już go nie ma, wyrzuciłem go stąd. Nie płacz, jestem przy tobie, już nic ci nie grozi.
Rzeczywiście. Miał rację. Czułam się przy nim bezpieczna. Otwarłam oczy i powoli przestałam płakać. On odsunął się i uśmiechnął do mnie.
Był to młody chłopak, zapewne w moim wieku. Miał ciemnobrązowe włosy i zielone oczy. Na sobie miał zielono-czarną koszulę w kratkę, czarne dżinsy i czerwone trampki. Był wysportowany.
- Kim jesteś? I skąd się tu wziąłeś? O co tu chodzi?- pytałam go.
- Jestem Arti, poluję na tego typu demony. Ich miejsce jest w Mroku, ale od czasu do czasu stamtąd uciekają i muszę je łapać. Nic ci nie jest?
- Nie, tylko strasznie boli mnie głowa.
Chłopak wyciągnął coś z kieszonki i włożył mi w dłoń. Była to rubinowa fiolka z płynem w środku.
- Wypij to. Za chwilę powinno ci przejść.- powiedział.
Niepewnie patrzyłam to na chłopaka, to na buteleczkę. W końcu spełniłam jego polecenie. Napój smakował truskawkami. Po chwili ból zaczął powolutku ustępować.
- Dzięki, już mi lepiej.- powiedziałam.- Czym jest Mrok?
- Miejscem, gdzie demony są zamknięte i nikomu nie zrobią krzywdy.
- Więzieniem?
- Tak. Niestety jeden z nich zawsze ucieka raz w roku i przychodzi tutaj, a inne panoszą się po świecie, nabierając mocy i szkodząc ludziom.
- Arti, czego ta zjawa ode mnie chciała?- spytałam.
- Przepraszam, na razie nie mogę ci powiedzieć. Przykro mi. Już wkrótce wszystkiego się dowiesz. Musisz mi zaufać.
- Nie rozumiem, ale dobrze.
- Ten demon się ciebie bał...
- Żartujesz? Chyba ja jego!
- Nie. Uwierz, widziałem już wielu ludzi w starciu z demonami. Ty wytrzymałaś o wiele dłużej jego wzroku od zwykłych osób. Wiesz, nie jesteś już tu bezpieczna.
- Dlaczego?- zdziwiłam się.
- Bo jutro kończysz 15 lat. W tym wieku nie jesteś już chroniona.
- Jak to? O co..
- Już niedługo, Sheila. Proszę, na pytania przyjdzie jeszcze pora.
Zamilkłam. Nikt jeszcze tak do mnie nie mówił. Spodobało mi się to i chyba lekko się zarumieniłam.
- Skąd znasz moje drugie imię?
- To zachowam dla siebie.- powiedział, uśmiechając się.
- Dlaczego nikt nie usłyszał hałasu i nie przyszedł mi z pomocą?
- Czułaś ten chłód? Zjawa zamroziła sen twoim rodzicom, przedłużając go o jakieś kilka godzin.
- Nic z tego nie rozumiem.
- Jeszcze trochę i wszystkiego się dowiesz.- powiedział Arti, wstając.- Na razie muszę już iść.
- Co? A jak demon tu wróci?- przestraszyłam się.
Chwycił moją dłoń i spojrzał mi w oczy, po czym zrobiłam się jeszcze bardziej czerwona.
- Spokojnie, nie wróci. A teraz śpij... i przepraszam za drzwi.
W momencie poczułam się bardzo senna. Wstałam puszczając rękę Artiego i podeszłam do łóżka, kładąc się na nim. Przed zapadnięciem w sen usłyszałam jego głos:
- Broniłem cię od zawsze. Teraz też nie pozwolę, by coś ci się stało.
Po tych słowach zasnęłam, myśląc o co chodziło mu z tymi drzwiami.
_________________________________________________________________________________
Witam! Nazywam się Kamila i dopiero zaczynam moją przygodę z blogiem. Mam nadzieję, że spodoba Wam się prolog i będziecie często tutaj zaglądać. Zapraszam do czytania i komentowania :)
Odkąd pamiętam cierpiałam na bezsenność. Nocami lubiłam usiąść sobie obok okna i popatrzeć na księżyc, przemyśleć wszystko dokładnie lub by po prostu poczytać książkę. Tym razem jednak nie robiłam ani tego, ani tego. Czekałam na coś, co miało się dziś wydarzyć. Wiedziałam, że coś się stanie. Jutro kończyłam piętnaście lat i pamiętam bardzo dokładnie, jak zawsze dzień przed urodzinami, nocą słyszałam dziwne odgłosy dochodzące z dolnego piętra, jakieś wrzaski, czasem brzęk szkła. Kiedyś byłam za mała, by pójść sprawdzić, co się wtedy działo. W tej chwili byłam gotowa na wszystko.
Z niecierpliwością czekałam na moment, gdy to "coś" się zacznie. Zawsze była to wtedy godzina 4:14. Spojrzałam na mój zegarek leżący na szafce nocnej, koło lampki. Pokazywał 4:00 nad ranem. Jeszcze tylko czternaście minut.
Zaczęłam się niecierpliwić. Spojrzałam za okno. Księżyc skrył się całkowicie za chmurami i na dworze oraz w moim pokoju zapanowała ciemność. Jedynie żarówka lampki sączyła trochę światła, rozpraszając mrok.
Dziesięć minut. Byłam bardzo zdenerwowana. Co zobaczę na dole? Czy to jest niebezpieczne? Może nie powinnam iść? Co przez te wszystkie lata działo się w moim domu?
Potrząsnęłam głową, uwalniając się od pytań, które przelatywały mi przez myśli jak szalone. Mimo wszystko musiałam to sprawdzić. Jeśli rodzice rok w rok przekonują mnie, że nocą nic nie słyszą, sama odkryję źródło hałasów.
Pięć minut. Niespodziewanie tuż koło mnie rozległ się głośny huk. Światło błysnęło i zgasło, a w pokoju zapanował mrok. Podskoczyłam przestraszona i z bijącym sercem zaczęłam rozglądać się po pomieszczeniu. Dobrze, że lekki wiatr przegnał chmury na północne niebo, odsłaniając skryty za nimi księżyc. W przeciwnym wypadku nic bym nie widziała. Pomieszczenie zostało dostatecznie rozświetlone poświatą satelity Ziemi, bym mogła cokolwiek dostrzec. Mój wzrok padł na lampce. Obok niej dostrzegłam mieniące się odłamki szkła. No tak, żarówka pękła. To się zdarza.
Minuta. Lada chwila zacznie coś się dziać i będę musiała zejść na dół, mimo obaw i wątpliwości. Wstałam z łóżka, poddenerwowana, ale gotowa na wszystko. Cokolwiek zobaczę... no cóż, okaże się, co zrobię. Zerknęłam na zegarek. Dobrze, że świecił w ciemności- w przeciwnym wypadku nie wiedziałabym, która godzina.
Dziesięć sekund. Zaczęłam odliczać czas pozostały do momentu, na który czekałam. Dziewięć sekund. Osiem. Siedem. Sześć. Pięć. Cztery. Trzy. Dwa- odetchnęłam głęboko. Sekunda.
4:14. Nasłuchiwałam w napięciu. Przebiegłam wzrokiem po meblach, oknie i drzwiach. Nic się nie wydarzyło. Żaden dźwięk, wrzask lub brzęk tłuczonego szkła nie dotarł do mnie tak jak w poprzednich latach. Zdecydowanie coś było nie tak.
Nagle usłyszałam cichy szept. Ogarnął mnie strach. Choć gorączkowo wypatrywałam jego źródła nie mogłam go znaleźć, nawet w świetle księżyca. Głos się nasilał i rozpoznałam słowo: Cassandra.
Moje serce przyspieszyło biegu. Ten "ktoś" mnie wołał. Cały czas, coraz głośniej powtarzał to samo imię.
- Cassandro? Kochanie mogłabyś tu przyjść?- niespodziewanie zabrzmiał głos mojej mamy.
- Mamo?- spytałam.
Zaintrygowana podeszłam do drzwi, nie otrzymawszy odpowiedzi. Mamę z pewnością obudził huk, gdy żarówka pękła. Nacisnęłam klamkę. Momentalnie ogarnął mnie chłód.
Krzyknęłam. Widok zmroził mi krew w żyłach. Naprzeciwko mnie, w powietrzu unosiła się ciemna sylwetka postaci. Była cały czarny, a jej oczy żarzyły się rubinową czerwienią. Patrzyła wprost na mnie. Zamknęłam drzwi, cofając się kilka kroków w tył i trzęsąc się z przerażenia. Po chwili wejście zrobiło się czarne i zjawa ukazała się znów, przechodząc przez nie. Jej oczy ciągle były wpatrzone we mnie. Serce podeszło mi do gardła. Ciemna postać ruszyła w moją stronę, sunąc w powietrzu i roztaczając wokół siebie chłód przenikający do kości.
Nie mogłam się poruszyć ani wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Przywarłam plecami do ściany, sparaliżowana przez strach.
- Cassie...- odezwała się zjawa syczącym głosem.
Jej głos przeniknął do mojego mózgu, wbijając się do niego jak igły. Poczułam przeszywający ból w czaszce. Uklękłam, trzymając się obiema rękami za pulsującą głowę. Widziałam wszystko na czerwono, więc zamknęłam oczy, odrywając wzrok od zjawy. Czułam jej obecność tuż nad sobą, nie musiałam na nią patrzeć. Serce biło mi z przerażenia jak szalone, a włosy stanęły dęba. Ogarnął mnie paraliżujący strach.
- Zostaw mnie, proszę, zostaw mnie.- zdołałam z siebie wykrztusić.
W tym momencie nastąpiła eksplozja. Coś wybuchło z hukiem i trzaskiem, a na mnie posypało się drewno i drzazgi.
- Odejdź!- krzyknął jakiś głos.
Otworzyłam oczy i zostałam oślepiona przez świetliście jasny rozbłysk. Zjawa zaczęła przeraźliwie wrzeszczeć, a ja znów zamknęłam oczy.
Nastąpiła cisza. Nie wiedziałam co się stało, czy upiór jeszcze jest w moim pokoju, co to za huk i do kogo należał ten głos. Nie chciałam tego wiedzieć.
Po chwili poczułam czyjąś dłoń na ramieniu. Odruchowo krzyknęłam, zakrywając głowę rękoma. Nie poczułam jednak chłodu. Ten dotyk był ciepły. Ktoś mnie przytulił. Nie wiedziałam, kim ta osoba jest, ale strach ustąpił. Napięcie też. Zaczęłam płakać, a nieznajomy przytulił mnie jeszcze mocniej.
- Już dobrze, nie płacz.- szepnął mi do ucha.- Jesteś bezpieczna.
Z jego głosu poznałam, że był to chłopak.
- Byłaś bardzo dzielna.- mówił do mnie.
- Nie, ja się bałam, ja się tak strasznie bałam.- mówiłam przez łzy.
- Spokojnie, już go nie ma, wyrzuciłem go stąd. Nie płacz, jestem przy tobie, już nic ci nie grozi.
Rzeczywiście. Miał rację. Czułam się przy nim bezpieczna. Otwarłam oczy i powoli przestałam płakać. On odsunął się i uśmiechnął do mnie.
Był to młody chłopak, zapewne w moim wieku. Miał ciemnobrązowe włosy i zielone oczy. Na sobie miał zielono-czarną koszulę w kratkę, czarne dżinsy i czerwone trampki. Był wysportowany.
- Kim jesteś? I skąd się tu wziąłeś? O co tu chodzi?- pytałam go.
- Jestem Arti, poluję na tego typu demony. Ich miejsce jest w Mroku, ale od czasu do czasu stamtąd uciekają i muszę je łapać. Nic ci nie jest?
- Nie, tylko strasznie boli mnie głowa.
Chłopak wyciągnął coś z kieszonki i włożył mi w dłoń. Była to rubinowa fiolka z płynem w środku.
- Wypij to. Za chwilę powinno ci przejść.- powiedział.
Niepewnie patrzyłam to na chłopaka, to na buteleczkę. W końcu spełniłam jego polecenie. Napój smakował truskawkami. Po chwili ból zaczął powolutku ustępować.
- Dzięki, już mi lepiej.- powiedziałam.- Czym jest Mrok?
- Miejscem, gdzie demony są zamknięte i nikomu nie zrobią krzywdy.
- Więzieniem?
- Tak. Niestety jeden z nich zawsze ucieka raz w roku i przychodzi tutaj, a inne panoszą się po świecie, nabierając mocy i szkodząc ludziom.
- Arti, czego ta zjawa ode mnie chciała?- spytałam.
- Przepraszam, na razie nie mogę ci powiedzieć. Przykro mi. Już wkrótce wszystkiego się dowiesz. Musisz mi zaufać.
- Nie rozumiem, ale dobrze.
- Ten demon się ciebie bał...
- Żartujesz? Chyba ja jego!
- Nie. Uwierz, widziałem już wielu ludzi w starciu z demonami. Ty wytrzymałaś o wiele dłużej jego wzroku od zwykłych osób. Wiesz, nie jesteś już tu bezpieczna.
- Dlaczego?- zdziwiłam się.
- Bo jutro kończysz 15 lat. W tym wieku nie jesteś już chroniona.
- Jak to? O co..
- Już niedługo, Sheila. Proszę, na pytania przyjdzie jeszcze pora.
Zamilkłam. Nikt jeszcze tak do mnie nie mówił. Spodobało mi się to i chyba lekko się zarumieniłam.
- Skąd znasz moje drugie imię?
- To zachowam dla siebie.- powiedział, uśmiechając się.
- Dlaczego nikt nie usłyszał hałasu i nie przyszedł mi z pomocą?
- Czułaś ten chłód? Zjawa zamroziła sen twoim rodzicom, przedłużając go o jakieś kilka godzin.
- Nic z tego nie rozumiem.
- Jeszcze trochę i wszystkiego się dowiesz.- powiedział Arti, wstając.- Na razie muszę już iść.
- Co? A jak demon tu wróci?- przestraszyłam się.
Chwycił moją dłoń i spojrzał mi w oczy, po czym zrobiłam się jeszcze bardziej czerwona.
- Spokojnie, nie wróci. A teraz śpij... i przepraszam za drzwi.
W momencie poczułam się bardzo senna. Wstałam puszczając rękę Artiego i podeszłam do łóżka, kładąc się na nim. Przed zapadnięciem w sen usłyszałam jego głos:
- Broniłem cię od zawsze. Teraz też nie pozwolę, by coś ci się stało.
Po tych słowach zasnęłam, myśląc o co chodziło mu z tymi drzwiami.
_________________________________________________________________________________
Witam! Nazywam się Kamila i dopiero zaczynam moją przygodę z blogiem. Mam nadzieję, że spodoba Wam się prolog i będziecie często tutaj zaglądać. Zapraszam do czytania i komentowania :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)