wtorek, 11 sierpnia 2015

Rozdział 3 - Miasto Kanionu

  Moje sny pełne były demonów czających się w mroku. Gdzie nie spojrzałam, widziałam czerwone ślepia. Biegnąc, czułam na plecach ich wzrok. W pewnym momencie zjawy złapały mnie za stopy. Krzyknęłam, upadając na twarde podłoże. Upiory ciągnęły mnie do siebie w nieprzeniknioną ciemność zalewającą powierzchnię za moimi plecami. Nie miałam czego się złapać, czułam, że zaczynam spadać w dół, coraz niżej i niżej...
  Krzyknęłam, otwierając oczy i podnosząc się z miejsca. Zupełnie zdezorientowana próbowałam przegnać mgłę snu, która zasnuła mój umysł jak ciężka kotara, nie pozwalając dostrzec tego, co było jawą. Jeszcze przez chwilę widziałam przed oczami mrok i czerwone ślepia demonów, ciągnących mnie w ciemności dziwnego świata koszmaru. Zacisnęłam powieki i potrząsnęłam głową, wracając do rzeczywistości. Gdzie ja się znalazłam?
  Otworzywszy oczy po raz drugi od przebudzenia, rozejrzałam się dokładnie. Leżałam na ogromnym łożu z pościelą białą jak śnieg, znajdującym się w przestronnym pokoju. Pomieszczenie było jasno oświetlone, zapewne dzięki promieniom słońca, które wlewały się do środka przez okna i przeszklone drzwi, zapewne prowadzące na taras lub balkon. Obok mnie znajdowała się drewniana szafka nocna. We wnętrzu pokoju dostrzegłam biurko z krzesłem, obok niego wiszący regał, na którym piętrzyły się opasłe tomy książek z pozłacanymi okładkami. Naprzeciwko łóżka stała szafa. Cały pokój był wykonany z drewna.
  Odrzuciłam kołdrę na bok i spuściłam bose stopy na podłogę. Poczułam pod palcami miękki dywan. Spojrzałam na niego. Miał pomarańczową barwę. Zerknęłam znów na szafkę nocną i nagle coś rzuciło mi się w oczy. Leżała na niej karteczka. Sięgnęłam po nią i przeczytałam to, co było na niej napisane:

Hej Cassie!
  Jeśli to czytasz, to bardzo się cieszę, że w końcu się obudziłaś! Śpisz już od trzech dni i trochę mnie to martwi. Jeśli mnie nie ma, to znaczy, że znajduję się w Puszczy. Nie próbuj mnie szukać! Wkrótce powinienem wrócić, a wtedy odpowiem na wszystkie Twoje pytania i oprowadzę Cię po Mieście.
   Jeśli jesteś głodna, idź do kuchni. Znajduje się praktycznie tuż za drzwiami pokoju w którym jesteś, na końcu korytarza prowadzącego w prawo. Bez trudu ją znajdziesz. Jeśli chciałabyś się odświeżyć, wyjdź z pokoju i skieruj się w lewo. W szafie są nowe ubrania, jeśli chciałabyś się przebrać.
P.S. Odpoczywaj jak najwięcej. Przeszłaś bardzo dużo.
                                                                                                                                                       Całuję,
                                                                                                                                                      Nathan.

  Odłożyłam karteczkę na szafkę. Śpię od trzech dni? Trochę mnie to zdziwiło, ale czułam się bardzo odprężona, jak nigdy. Chyba tego potrzebowałam. Za dużo przeżyłam jednego dnia.
  Ukryłam twarz w dłoniach. Mama na pewno umiera ze strachu nie wiedząc, gdzie jestem, a ja wypoczywam w miejscu, w którym nie mam pojęcia jak się znalazłam. Przez myśli przelatywało mi tysiące obrazów, jak w kalejdoskopie. Najpierw zwykły dzień, korepetycje, Kate, która okazała się wampirem, przemiana Nathana, dziwna rozmowa z mamą, niezwykła teleportacja, wilki, bernardyn, który wyglądał jak cień psa, z którego wydobywał się dym, ugryzienie, a nareszcie przebudzenie w dziwnym miejscu. Jak to wszystko mogło stać się tak nagle, jednego dnia?
  Potrząsnęłam głową, spoglądając na rękę. W miejscu, w którym znajdowała się rana, skóra była owinięta bandażem. Nie bolało, więc uznałam, że zaczyna się goić. Nie czułam też takich objawów, jak trzy dni temu po ugryzieniu bernardyna.
  Wstałam z łóżka i od razu poczułam silne zawroty głowy. Zatoczyłam się w bok i straciłam równowagę. Upadłam na kolana. Oddychałam z trudem, a świat wirował mi przed oczami. Mój puls przyspieszył diametralnie, po twarzy zaczęły ściekać kropelki potu. Rana pod opatrunkiem paliła żywym ogniem. Widziałam wszystko na zielono. Zacisnęłam mocno powieki, oparłam dłonie na podłodze i czekałam aż powrócę do normalności.
  Nie wiedziałam, czy minęło kilka minut, czy pół godziny, a objawy powoli zaczęły ustępować. Nadal jednak trwałam w tej samej pozycji, bojąc się, że powrócą. Dopiero uspokoiwszy się nieco, powoli usiadłam. Zmęczona, potarłam ręką czoło, ocierając je z potu.
  Czułam się bardzo dziwnie, jakbym nie była sobą, a moje ciało przestało mnie słuchać i dyktowało mi warunki. Bałam się, że być może moje objawy są następstwem ugryzienia. Chciałam jak najprędzej powiedzieć o tym Nathanowi.
  Ostrożnie stanęłam na nogach, trzymając się jedną ręką łóżka, a drugą szafki nocnej. Trzęsły się pode mną, ale zdołałam przejść kilka kroków w kierunku drzwi. Nacisnęłam klamkę i znalazłam się na korytarzu, który wyłożony był ciemnopurpurowym dywanem. Niebieskie lampy wisiały na ścianie co kilka kroków, rozpraszając mrok i wskazując drogę.
  Czując się pewniej na nogach, ruszyłam korytarzem w prawo. Już po chwili znalazłam się w schludnie urządzonej kuchni. Na środku znajdował się stół wraz z kilkoma krzesłami. Pod ścianą stała lodówka, obok kredens wyposażony w zestaw noży, widelców i łyżek oraz zmywarka. Na ścianie wisiały zwoje kiełbasy, suszone papryczki chili, cebula i suszone grzyby oraz zioła, które roztaczały aromatyczną woń.
  Przeszłam przez pomieszczenie i stanęłam przed lodówką. Otworzyłam ją, a w jej wnętrzu znalazłam szynkę, ketchup, sałatki, śmietanę, ser i wiele innych produktów. Wyjęłam je na stół. W kredensie znalazłam chleb i talerze. Wzięłam nóż i ukroiłam kilka kromek. Położyłam na nich szynkę, plasterki kiełbasy, ser, polałam po tym ketchupem, otworzyłam plastikowy pojemnik z jedną z licznych sałatek jarzynowych i zabrałam się do jedzenia.
  Syta i pewna siebie, wyszłam z kuchni, kierując się do łazienki. Znajdowało się w niej wszystko, czego potrzebowałam: ręczniki, płyn, żel pod prysznic, odżywka, gąbka i wiele innych kosmetycznych produktów. Zrzuciłam z siebie ubrania, wkładając je do kosza na brudną odzież i weszłam pod prysznic. Czując na skórze ciepły strumień wody, westchnęłam z ulgą.
  Odświeżona i zawinięta w ręcznik, skierowałam się znów w stronę mojego pokoju. Nacisnęłam klamkę, otwierając, a później zamykając za sobą drzwi. Zastanawiało mnie to, że cały czas panowała cisza. Nie słyszałam gwaru, ani nie zauważyłam żadnego człowieka. Jedynie list od Nathana był potwierdzeniem, że nie jestem sama w tym miejscu, o którym kompletnie nic nie wiedziałam.
  Stanęłam przed szafą, otwierając ją. Znajdowało się w niej dużo rozmaitych ubrań. Dla siebie wybrałam szafirową koszulkę i brązowe szorty. Zamykając szafę, usłyszałam za sobą jakiś szmer. Odwróciłam się gwałtownie i krzyknęłam z zaskoczenia.
  Naprzeciw mnie, oparty o przeszklone drzwi, stał najzwyczajniej w świecie chłopak. Był wysoki i przystojny. Miał ciemnobrązowe, rozczochrane włosy oraz zielone oczy, które wpatrywały się we mnie badawczo. Był ubrany w zieloną koszulę z podwiniętymi rękawami oraz czarne dżinsy ze srebrnym paskiem. Na nogach miał czerwone trampki, a przez ramię przewiesił czarną torbę.  
 Wystraszyłam się tak bardzo, że omal nie puściłam ręcznika, którym byłam owinięta.
- Spokojnie, przepraszam cię.- powiedział, zakrywając się rękami i śmiejąc.- Nie patrzę, możesz się przebierać.
- To nie jest śmieszne! Kim ty w ogóle jesteś? I dlaczego wszedłeś bez pukania?
- Arti, Strażnik. Chciałem sprawdzić, kto kręci się po mieszkaniu Nathana, kiedy on sam jest w Puszczy.
  Nagle odczułam, że kiedyś już takie imię słyszałam, a a on sam wydał mi się dziwnie znajomy.
- Czy my się już nie spotkaliśmy?- spytałam.
- Możliwe.- odpowiedział z uśmiechem.- Na pewno taka piękna dziewczyna jak ty musiała rzucić mi się w oczy.
- Przestań.- powiedziałam, śmiejąc się.
- Dobra, jeśli nikt obcy nie kręci się po mieszkaniu Nathana... jesteś jego dziewczyną, tak? To ja już chyba pójdę. Nie możesz cały czas siedzieć w ręczniku.
  "Jego dziewczyną". Te słowa uderzyły we mnie jak piorun. Poczułam, że się czerwienię. Nie, oczywiście, że nie byliśmy razem. Nawet nie myślałam o czymś takim, chociaż... Nathan bardzo mi się podobał. Dlaczego jednak taka dziewczyna jak ja, zwykła, "nie z jego świata", miałaby być z takim wspaniałym Strażnikiem? Wydawało mi się to niemożliwe.
  Najgorsze, że przed tym, gdy trzy dni temu podczas pełni księżyca straciłam przytomność w ramionach Nathana, on coś do mnie mówił. Wiem, że nie było to ważne, ale miłe. Szkoda, że nie mogłam sobie przypomnieć, co wtedy powiedział. Pamiętam tylko nic nie znaczące strzępy rozmowy. Postanowiłam zapytać go o to, gdy tylko go znajdę.
  Zorientowałam się, że Arti macha mi ręką przed twarzą.
- Jesteś tutaj jeszcze?- spytał, patrząc na mnie.
- Tak, tak, zamyśliłam się.- powiedziałam zgodnie z prawdą.
- Okej, jak coś, mieszkam w pomarańczowym domu, tuż obok apartamentu Nathana.
- Dobra, zapamiętam.
- W takim razie do zobaczenia?
- Może być.- powiedziałam z lekkim uśmiechem.
- Jeszcze wpadnę. Mam nadzieję, że następnym razem trafię na lepszy moment.- odpowiedział, śmiejąc się.
  Arti otworzył drzwi i wyszedł na zewnątrz. Odwrócił się do mnie po raz ostatni i zniknął mi z oczu. Cały czas nurtowało mnie niezbite poczucie, że kiedyś spotkałam już tego chłopaka. Miałam wrażenie, że nawet całkiem niedawno, ale niestety nie mogłam sobie przypomnieć ani gdzie, ani kiedy, ani w jakich okolicznościach. Zupełnie tak, jakby ktoś wymazał mi pamięć, chociaż- to przecież niemożliwe. Czy na pewno? Na to pytanie nie potrafiłam znaleźć odpowiedzi.
  Przebrałam się w stroje, które sobie wybrałam. Gotowa, podeszłam do tych samych przeszklonych drzwi, przez które wyszedł Arti. Jak się przekonałam, prowadziły na balkon, a widok zaparł mi dech w piersiach.
  Wszystko, co widziałam przed oczami, wyglądało jak obraz z bajki. Przede mną, jak okiem sięgnąć, rozciągał się ogromny Kanion. Przypominał trochę ten, który widziałam w Colorado na wycieczce szkolnej, ale był dużo węższy i głębszy. Słońce nadawało mu specyficzną, pomarańczową barwę, lecz nie oświetlało partii dolnych, które były pogrążone w cieniu i mroku. Spojrzałam na dno Kanionu, by dostrzec najprawdopodobniej rzekę. Z mojego punktu widzenia wyglądała jak cieniutka, niebieska nić wijąca się w ciemnościach. Przyjrzałam się dokładniej i dostrzegłam, że na dnie pada... śnieg! Kanion musi być ogromnie głęboki, pomyślałam. Apartament Nathana był usytuowany dokładnie na jego końcu.
  Po obu stronach gigantycznej "szpary" w ziemi rozciągało się malownicze Miasto. Były tam zarówno strzeliste i kamienne budowle, jak i małe, drewniane domki pokryte różnokolorowymi dachami. Nigdzie jednak nie zauważyłam człowieka. Zabudowania otaczał ogromny las, ciągnący się aż po horyzont zamglonych wzgórz. Pewnie to ta niebezpieczna Puszcza, pomyślałam.
  Stałam jak wryta, z szeroko rozdziawionymi ustami. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom, a na usta cisnęło się pytanie: gdzie ja jestem? Jeszcze trzy dni temu byłam w ogromnym mieście, pełnym fabryk, bloków i zanieczyszczeń, brudu oraz zakorkowanych ulic, a teraz? Jestem w miejscu, które otwiera przede mną ogromną przestrzeń! Marzyłam o tym od tak dawna!
  Opanowawszy w pewnym stopniu zdziwienie, nabrałam w płuca haust świeżego, krystalicznie czystego powietrza. Westchnęłam z ulgą, a na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Mimo, że martwiłam się co powie mama, gdy wrócę do domu, w którym nie było mnie od trzech dni oraz zastanawiałam się, czy ugryzienie bernardyna ma zły wpływ na moje zdrowie i nie wiedziałam gdzie jestem, perspektywa spędzenia "tutaj" jakiegoś czasu napełniała mnie optymizmem. Potrzebowałam odpoczynku. Dużo.
  Podeszłam do schodów, znajdujących się po lewej i prawej stronie. Prowadziły w dół, na ziemię. Stąpając po stopniach, byłam z uwielbieniem wpatrzona w Kanion, Miasto i widoczną za nimi Puszczę. Mimo zakazu Nathana, postanowiłam odszukać go w lesie. Jeśli on tam jest, nie może być aż tak niebezpiecznie, pomyślałam.
  Stanąwszy na ziemi, odeszłam kilka kroków od schodów i budynku, by przyjrzeć mu się z daleka. Prezentował się interesująco. Miał dwa piętra oraz płaski dach. Był wykonany z jasnego drewna. Pod jedną ze ścian obłożoną kamieniami ustawione były bele drewna. Wielkie okna, przeszklone drzwi oraz balkon wyglądały pięknie, a rośliny wokół domu dodawały mu uroku. Rozpoznałam kilka krzewów kwitnących oraz kwiaty. Były tam azalie, orchidee, forsycje, żonkile, róże, bratki, bławatki, maki, ale także stokrotki i narcyzy. Za niebieskim płotem po lewej stronie rosły: aronie, grusze, śliwy, jabłonie, wiśnie oraz porzeczki. Znajdowało się tam jeszcze wiele innych gatunków roślin, których nie potrafiłam rozpoznać. Wychodzi na to, że Nathan jest zapalonym ogrodnikiem, pomyślałam. Kwiaty były zadbane i wyplewione, bez chwastów. Podobnie drzewa i krzewy. Wszystko kwitło i mieniło się tęczowymi barwami.
  Zdziwiona, odwróciłam się i pewnie ruszyłam w kierunku zabudowań. Nie wiedziałam, gdzie podział się Arti, ani gdzie są mieszkańcy. Było stanowczo za cicho. Słońce prażyło niemiłosiernie. Wkraczając między domy, obserwowałam otoczenie. Żaden dźwięk nie dotarł do moich uszu. Gdzie są wszyscy? Czyżby schowali się w domach? Dlaczego?
- Halo? Jest tu ktoś?- spytałam.
  Nikt mi nie odpowiedział. Nie dostrzegłam też żadnego ruchu, żadnego szeptu, czy urywku rozmowy. Zaczęłam się niepokoić. Małe miasteczko wyglądało na opuszczone. Nie, ktoś musi tu mieszkać, zawyrokowałam. Gdyby nikogo tutaj nie było, do kogo należałyby te wszystkie domy? Nathan i Arti na pewno nie są jedynymi Strażnikami. Rozglądając się dokładnie wokół, krok za krokiem zbliżałam się do granicy Puszczy.
  Wkroczyłam między drzewa. W lesie panował półmrok. Gałęzie dawały upragniony cień, nie przepuszczając choćby najmniejszego promienia słońca. Były tu przeważnie drzewa liściaste, ale dostrzegłam także kilka iglastych gatunków. Podążałam naprzód ścieżką, ledwo widoczną w panującym cieniu. Nie słyszałam żadnego śpiewu ptaków, jedynie lekki wiatr poruszający gałęziami i szeleszczący w potężnych koronach drzew. Zagłębiałam się coraz bardziej w las, w którym nic nie zakłócało spokoju i ciszy. Czułam się, jakbym trafiła do krainy, w której czas stanął w miejscu. Obejrzałam się za siebie, stwierdzając, że nie będę miała kłopotu ze znalezieniem drogi powrotnej. Nawet z dalekiej odległości dokładnie widziałam budynki prześwitujące przez gałęzie.
  Idąc, niespodziewanie poczułam, że grunt ustępuje mi spod nóg. Krzyknęłam, odwracając głowę. Zdołałam tylko zobaczyć, że wpadam do jakiejś dziury, której wcześniej tam nie było. Sekundę później zostałam pochłonięta przez ziemię.
  Upadłam z jękiem i krzykiem. Rozglądałam się panicznie na boki, ale nie potrafiłam nic dostrzec. Wokół otaczała mnie ciemność. Podłoże było gładkie, a ja zaczęłam zjeżdżać w dół nieznanym tunelem, z każdą chwilą nabierając prędkości. Nie miałam czego się złapać. Z przerażeniem darłam paznokciami o ziemię, próbując zwolnić. Bez skutku. Obijałam się od ścian, bezsilna.
  Sekundę później znalazłam się w powietrzu. Wrzasnęłam, czując, że spadam. Wymachując rękami, uderzyłam o podłoże. Czując, że znów zaczynam się ślizgać, z trudem wstałam na nogi, próbując za wszelką cenę utrzymać równowagę. Nie było to proste. Przerażona, nie wiedziałam dokąd zaprowadzi mnie tunel. Wszystko działo się niesamowicie szybko.
  Nagle coś błysnęło, a ja zobaczyłam... lampy! Oświetlały mi drogę w mroku, gdy sunąc z zawrotną prędkością przemierzałam kolejne odcinki tunelu. Próby zahamowania w dalszym ciągu nie dawały rezultatu. Spojrzawszy naprzód, zamarłam.
  W oddali dostrzegłam koniec tunelu. Stanowiła go naga ściana, usiana ostrymi szpikulcami. Krew odpłynęła mi z twarzy. Zaczęłam gorączkowo myśleć. Co tu robić, ja się zaraz zabiję! Rozglądałam się na boki, szukając jakiegoś uchwytu, czegokolwiek co uratuje mnie przed rychłą śmiercią. Nic! Tunel stanowiły gołe ściany. Moje serce chciało wyskoczyć z piersi, a ja w panicznym strachu nie wiedziałam, co zrobić. Lampy zgasły, a ja wciąż sunęłam naprzód, w ciemnościach.
  Jest! Szkoda, że wcześniej na to nie wpadłam! Cień przy jednej ze ścian! Przybliżyłam się do niego, krok po kroku. Już to robiłaś, Cassie, spokojnie, to teleport, mówiłam sama do siebie. Gdy byłam już niebezpiecznie blisko szpikulców, krzyknęłam i rzuciłam się na ścianę. Poślizgnęłam się i przekoziołkowałam, ale uniknęłam śmierci. Przez chwilę widziałam przed oczami tylko mrok i czułam, że znów lecę w powietrzu.
  Nagle upadłam na wilgotną trawę. Przeturlałam się po niej kawałek i znieruchomiałam, leżąc na plecach. Odetchnęłam głęboko i z ulgą. Nad sobą widziałam skrawek nieba, oraz liście na gałęziach drzew. Oddychałam płytko i szybko, przepełniona adrenaliną. Nigdy więcej, pomyślałam. O mało się nie zabiłam! To cud, że jeszcze żyję. Nathan miał rację mówiąc, że Puszcza jest niebezpieczna, a ja nie powinnam go szukać. Roześmiałam się histerycznie.
  Leżałam tak kilkanaście minut. Gdy wreszcie postanowiłam podnieść się z ziemi, poczułam lekkie pieczenie ramienia. Spojrzałam na nie, zauważając, że moja bluza i koszulka są rozcięte, a skórę zdobi nieduża rana. Pewnie drasnął mnie jeden ze szpikulców, pomyślałam.
  Dźwignęłam się z ziemi, rozglądając wokół. Gdy uświadomiłam sobie, że zgubiłam się w lesie, ogarnął mnie strach. Stałam gdzieś w środku Puszczy, ciągnącej się kilometrami. Nie wiedziałam, w którą stronę iść. Co ja najlepszego zrobiłam? Trzeba było zostać w domu Nathana i spokojnie na niego czekać! Nie miałam lepszego pomysłu, jak tylko ruszyć naprzód, modląc się, by nie spotkało mnie już nic złego. Może poszczęści mi się i go spotkam, chociaż nie wierzyłam w to aż tak mocno.
  Od marszu przeszłam do biegu. Mijałam wiele drzew, przeskakując przez korzenie i zwalone pnie. Ramię piekło, ale nie zważałam na to. Przebijałam się przez gęste krzewy, przechodziłam przez małe wąwozy i strumienie. Zaczynałam już tracić nadzieję, kiedy nagle usłyszałam dźwięk.
  Stanęłam jak wryta, wytężając słuch. Z oddali dobiegły mnie krzyki, pojękiwania oraz szczęk oręża. Nie mogłam pohamować radości.
- Nathan!- krzyknęłam, pędząc w kierunku źródła odgłosów.
  Niespodziewanie zza drzewa wyłonił się metalowy pręt, mknąc prosto na mnie. Zdziwiona upadłam, zapobiegając bolesnemu uderzeniu. Sekundę później ujrzałam, że z gałęzi powyżej spadają na mnie ostrza. Przeturlałam się na bok, przerażenia, kiedy broń wbiła się w ziemię, gdzie przed chwilą leżałam. Zerwałam się do biegu. Nagle pod moimi nogami pojawiła się zapadnia z kolcami na dnie. Skoczyłam nad nią, krzycząc ze strachu, zauważywszy, że szybuję wprost na płonącą obręcz. Podkuliłam nogi i przerażona przeskoczyłam przez nią, czując żar na skórze. Upadłam na ziemię i od razu przekoziołkowałam w lewo, unikając najeżenia strzałami. Nie miałam czasu nawet odetchnąć, gdzie nie pobiegłam, tam pułapki. Co to miało znaczyć?
  Wstałam i z powrotem przywarłam do ziemi, kiedy toporek wbił się w drzewo tuż za mną. Prawie rozciął mi czaszkę na dwie części! Zerwałam się z ziemi do szaleńczego biegu na oślep. Rozglądając się na boki, nie zauważyłam sznurka przywiązanego do drzew, między którymi przebiegałam. Zahaczyłam o niego nogami i jak długa runęłam na ziemię. Moje nogi zaplątały się w linę. Gorączkowo próbowałam wyplątać je ze sznurka.
  Wrzasnęłam, gdy tuż obok mnie mnie wylądował odbezpieczony granat. Odrzuciłam go za siebie najdalej jak umiałam, wyplątałam się ze sznurków i skoczyłam w momencie, gdy pocisk eksplodował. Siła wybuchu odrzuciła mnie kilka metrów dalej i cisnęła o ziemię. Jęknęłam, zasłaniając głowę rękoma. Posypały się na mnie kawałki ziemi, mchu, krzaki, drewno i skałki. Leżałam tak, próbując zrozumieć, skąd te niebezpieczeństwa. Bałam się wstać, by coś znowu mnie nie zaatakowało. Z drugiej strony perspektywa leżenia bez ruchu też nie była dobra. Serce biło mi jak szalone, a w uszach wciąż słyszałam wybuch. Co jeszcze przeżyję w tej okropnej Puszczy?
  Wstałam, pojękując. Nie miałam poważniejszych obrażeń, nic poza paroma siniakami i obtarciami. Wyszłam z tego bez szwanku. Dalej nie mogłam uwierzyć: w co ja się wpakowałam?
  Nie próbowałam biec. Byłam zbyt zmęczona. Mój mózg nie rejestrował wszystkich wydarzeń tak szybko. Chciałam się wydostać z tego przerażającego lasu, w którym na każdym kroku czai się śmierć!
  Szłam po terenie płaskim. W dalszym ciągu otaczały mnie drzewa, ale teraz teren zmienił się z trawy w twardą, ubitą ziemię.
  Nagle zauważyłam pęknięcie w glebie. Stawało się coraz szersze i kolejne kawałki ziemi zaczęły zapadać się w ziemi! Pode mną tworzyła się czarna otchłań. Przerażona, zerwałam się do biegu, by uciec. Biegłam między drzewami, a podłoże kruszyło się mi pod nogami. Gdy już wydawało mi się, że niebezpieczeństwo minęło i zwalniałam, pęknięcia doganiały mnie ze zdojoną szybkością. Byłam zmęczona, dyszałam ciężko. Kilka razy potknęłam się. Musiałam szybko zrywać się z ziemi, by nie zapaść się w nią i nie zostać pogrzebana żywcem.
  Nagle zahamowałam, nie mając już dokąd biec. Przede mną był klif, a na jego dnie płynęła głęboka i wartka rzeka. Obejrzałam się. Nie miałam odwrotu. Wszędzie rozciągały się pęknięcia. Z ziemi nic już nie zostało. Gdy szpary dotarły do moich stóp, krzyknęłam i skoczyłam. Spadałam prosto do rzeki. Panicznie bałam się, że natrafię na podwodną skałę i zabiję się na miejscu, ale nic takiego się nie wydarzyło. Sekundę przed upadkiem zauważyłam dość potężny konar wystający nad wodą. Przelatując obok, uczepiłam się go  jak tonący brzytwy. Szarpnęło mną, ale nie puściłam. Wisząc nad przepaścią, odetchnęłam z chwilową ulgą. Niestety, w następnej kolejności usłyszałam trzask pękającego drewna. Przeraziłam się. Nagle stało się to, czego najbardziej się obawiałam - konar oderwał się od drzewa, a ja znów poszybowałam w dół.
  Z wrzaskiem wpadłam do wody. Siła rozpędu cisnęła mną o dno. Wierzgnęłam rękami i nogami, próbując wydostać się na powierzchnię. Wokół mnie widziałam miliard bąbelków. Byłam zdezorientowana i oszołomiona.
  Nagle coś ciężkiego przygniotło mnie do dna. Próbowałam się uwolnić, ale nie dawałam rady. Zorientowałam się, że to konar, którego jeszcze przed chwilą rozpaczliwie się trzymałam. Chciałam wydostać się odpychając go od siebie, ale był za ciężki. Płuca paliły mnie od zbyt długiego wstrzymywania powietrza. Zebrałam wszystkie siły i naparłam na drzewo. Przed oczami zobaczyłam mroczki, ale nie odpuściłam. Chwilę później drzewo drgnęło. Użyłam jeszcze więcej energii i ostatkiem sił zepchnęłam z siebie konar. Zamachnęłam się kilka razy rękoma, a prąd ułatwił mi wydostanie się na powierzchnię. Zaczerpnęłam haust powietrza w palące płuca. Łapczywie oddychałam, gdy prąd porywał mnie naprzód. Co kilka sekund zanurzałam się, to znowu wynurzałam, próbując utrzymać się nad taflą wody. Płynęłam coraz szybciej.
  Nagle usłyszałam szum. Zwiększał się wraz z płynięciem naprzód. To, co zobaczyłam przed oczami chwilę później, sprawiło, że omal nie zemdlałam z przerażenia.
  Przed sobą ujrzałam koniec rzeki. Nie w postaci brzegu, ale wodospadu. Odwróciłam się i rozpaczliwie próbowałam płynąć w przeciwnym kierunku. Niestety, tylko spowolniłam to, co było nieuniknione. Będąc nad samą krawędzią zamknęłam oczy i czekałam.
  Sekundę później znalazłam się w powietrzu. Spadałam spiralnie w dół, machając rękoma i krzycząc wniebogłosy. Po chwili z całym impetem uderzyłam o spienioną taflę wody. Wpadłam do małego, ale głębokiego jeziorka. Tym razem byłam zbyt zmęczona, by walczyć z prądem. Na szczęście, nie było go tutaj. Wynurzyłam się na powierzchnię, a woda delikatnie popchnęła mnie na brzeg. Wyczerpana, przeczołgałam się upadłam bez życia na świeżą trawę. Oddychałam ciężko, a moje niespokojne serce biło szalonym rytmem. W myślach raz po raz przewijały mi się chwile, które przed chwilą przeżyłam. Nie mogłam w to wszystko uwierzyć. Nie miałam siły. Czy to dzieje się naprawdę? Czy może to tylko koszmar, z którego zaraz się obudzę?
  Z rozmyślań wyrwało mnie szarpanie za nogę. Otworzyłam leniwie oczy, by po chwili wrzasnąć! Do wody ciągnął mnie... krokodyl!
- Cholera, skąd się tu wziąłeś!- wykrzyknęłam do niego.
  Wyrwałam nogę z uścisku jego szczęk, a on zanurzył się w wodzie i tyle go widziałam. Zdezorientowana, chwiejnym krokiem ruszyłam przed siebie. Nogi miałam jak z waty. Nie wiedziałam, jakim cudem znajduję w sobie energię, by iść dalej.
- Nathan!!- krzyknęłam, mając nadzieję, że usłyszy mnie i przybiegnie.
  Odpowiedziała mi cisza. Zawołałam jeszcze kilka razy. Nie było odzewu. Zrozpaczona, po chwili ruszyłam dalej, przygotowując się na niebezpieczeństwa, które na mnie czekają.
  Wkroczyłam w teren zasnuty przez zasłonę gęstej mgły. Weszłam w nią, idąc naprzód. Ledwo widziałam swoje dłonie. Szłam i szłam, przez cały czas nie zwalniając kroku. Wydawało mi się, że chodzę w kółko, a może to tylko złudzenie? Nic nie widziałam. Wokoło było zupełnie biało. I cicho. Czułam się tak, jakbym była zawieszona w nicości - a cały świat przestał istnieć.
  Nagle stanęłam w miejscu, nasłuchując. Mogłabym przysiąc, że słyszałam jakiś szelest nieopodal. Gdy dźwięk się nie powtórzył, znów ruszyłam przed siebie. Nie wiedziałam, gdzie dążę, ani kiedy moja "wycieczka" dobiegnie końca. Cóż, na razie trzymam się nikłej nadziei, że albo wyjdę z Puszczy albo odnajdę w niej Nathana. Dwie opcje wydawały mi się niemożliwe, ale w coś trzeba wierzyć, żeby strach nie sparaliżował całego ciała. W sumie w moim przypadku już chyba się tak stało. Moje serce cały czas biło szybko. Jeszcze tego brakuje, żebym dostała arytmii, pomyślałam.
  Z rozważań wyrwało mnie warczenie. Otworzyłam szerzej oczy. Jakieś kilka kroków przede mną w miejscu, gdzie mgła się rozrzedzała, dostrzegłam bernardyna. Zatrzymałam się gwałtownie. Pies nie ruszał się z miejsca, jedynie patrzył na mnie, warcząc i odsłaniając swe białe kły. Przyjrzałam mu się dokładnie. Po chwili zdałam sobie sprawę, że to ten sam zwierz, który trzy dni temu uratował nas przed wilkami, przy okazji mnie gryząc!
- Co tutaj robisz?- spytałam go.
  Zdawałam sobie sprawę, że rozmawiam z psem, ale dzisiejszy dzień był tak pokręcony, że nie zważałam na to, co robię. Pytanie zabrzmiało idiotycznie, ale pies nadstawił uszu, wyprostował się i szczeknął.
- No proszę.- powiedziałam.- Wydajesz się być milutki, ale nie dam się nabrać. Zostawiłeś mi niezłą pamiątkę po naszym wcześniejszym spotkaniu. Jesteś bestią, wiesz? Idź sobie.
   Podniosłam w górę rękę, na której widniał opatrunek. Bałam się go panicznie, ale nie dawałam tego po sobie poznać. Może, kiedy zobaczy, że nie obleciał mnie strach, pójdzie sobie zostawiając mnie w spokoju. Perspektywa rozszarpania przez zwierza nie wyglądała obiecująco.
  Pies położył uszy po sobie i znów warknął. Tym razem stopniowo podchodził do mnie. Kłapnął zębami, a ja zaczęłam się cofać.
- O cholera, niedobrze. Nie słyszałeś, idź...
  Bernardyn szybkim susem znalazł się przy mnie. Krzyknęłam ze strachu, rzucając się do ucieczki. Nie wiedziałam, czy zwierz za mną biegnie, ale nie zwalniałam kroku. Biegłam zupełnie po omacku. Przed oczami widziałam białą mgłę i nic więcej. Moje wyczerpanie dało mi się we znaki i po chwili moje nogi stały się ciężkie jak z ołowiu. Płuca paliły, oddychałam z trudem. Nie zwolniłam jednak ani na moment. Biegnąc, odwróciłam głowę by sprawdzić, czy bernardyn mnie nie goni. Nic. Tylko białe "mleko". Spojrzałam przed siebie. Z mgły tuż przede mną wyłoniło się coś ciemnego. Walnęłam w to całą siłą rozpędu, zamykając oczy.



___________________________________________________________________________________

 Przepraszam za duże opóźnienie w dodawaniu posta, postaram się, by na następne rozdziały nie trzeba było tyle czekać. Buziaki! ;*