poniedziałek, 20 lipca 2015

Rozdział 2 - W ciemności nocy

  Poczułam uderzenie. Upadłam na wilgotne podłoże, które okazało się trawą. Otwarłam oczy, które dotychczas były zaciśnięte z przerażenia. Dalej nie wiedziałam, co to było i czego przed chwilą tak właściwie doświadczyłam. Rozejrzałam się wokół, podnosząc z ziemi. Znajdowałam się na rozległej polanie. Za sobą usłyszałam szmer strumyka. Przede mną znajdowała się połać świerkowego lasu, do którego prowadziła polna ścieżka. Panował półmrok, a krople deszczu raz po raz skrapiały moją skórę. Kilka kroków ode mnie stał Nathan, wpatrując się we mnie. Nawet w ciemności dostrzegłam jego piękne oczy, czarne włosy...
- Cassie, musimy iść. Co tak patrzysz?- spytał mnie.
  Ocknęłam się i podeszłam do niego.
- Co to było? Jak się tutaj znaleźliśmy?
- Drogą cienia, coś w stylu teleportu. Chodźmy, wyjaśnię ci to później.
  Ruszyliśmy ścieżką w stronę lasu. Okazało się, że dalej znajdowała się droga polna, prowadząc na wschód. Idąc, po lewej stronie otaczały nas drzewa, po prawej zaś mogliśmy podziwiać krajobraz pól, dalekich zabudowań wiejskich oraz odległy zarys wzgórz i gór. Było cicho i przyjemnie, krople deszczu raz na jakiś czas zraszały ziemię, a przy okazji nas. Wiatr co chwila szemrał w gałęziach iglastych drzew. Chociaż kompletnie nie wiedziałam ani gdzie się znajdujemy, ani gdzie dążymy, to czułam się bezpieczna z Nathanem. Milczeliśmy, w miarę posuwania się naprzód drogą wiodącą w nieznane.
- Jesteśmy już blisko?- zdobyłam się na przerwanie ciszy.
- Samochodu? Tak, jeszcze kilometr.
- Pojedziemy? Nie pójdziemy pieszo?- zdziwiłam się.
- To zajęłoby zbyt dużo czasu.
  Po czym rozmowa się urwała. W dalszym ciągu poruszaliśmy się wzdłuż ścieżki. Wieczór zaczynał przechodzić w zmrok. Cienie zlały się w jedno, a księżyc w pełni rozświetlił noc, tak jak i gwiazdy na tle nieboskłonu. Przed sobą nie widziałam praktycznie nic. I nagle usłyszeliśmy wycie.
  Nathan się zatrzymał. Ja także. Nasłuchiwaliśmy, zapatrzeni w gęstwinę leśną. Moje serce przyspieszyło biegu, strach opanował całe ciało i zaczęłam dygotać.
- Wilk?- zapytałam z przestrachem.
- Obawiam się, że nie jeden, a cała wataha.
- CO?!- krzyknęłam, trochę za głośno.
- Ciszej! Usłyszą nas.- warknął Nathan.
- Co z tego? I tak prędzej nas wyczują.
- Nie, bo zmienił się wiatr.
  Rzeczywiście. Wiatr wiał od strony lasu, tj. z zachodu na wschód, czyli w naszym kierunku.
- Jeśli będziemy dostatecznie cicho, nie wytropią nas.- powiedział Nathan szeptem.- Więc z łaski swojej nie wrzeszcz.
  Odpowiedziałam mu milczeniem i skinieniem głowy. Powoli zaczęliśmy iść naprzód, wciąż nasłuchując odgłosów wycia z przerażeniem w oczach. Nogi miałam jak z waty. Nie zamierzałam być pożarta przez wilki. Na szczęście, widocznie zwierzęta odeszły. Wokół nie słyszeliśmy nic, tylko nasze przyspieszone oddechy. Droga zakręcała, zmieniając się z polnej w betonową. To tylko pomogło nam poruszać się bezszelestnie, ponieważ na zwykłej ścieżce kamienie i piach chrzęściły nam pod nogami.
  Niespodziewanie znów dobiegło nas wycie. Tym razem tylko kilka metrów od nas, na granicy lasu. Odwróciliśmy się w tamtą stronę i ujrzeliśmy kilkanaście par żółtych ślepi ukrytych w mroku drzew. Patrzyły prosto na nas. Zamarłam z przerażenia. Obaj z Nathanem zesztywnieliśmy. Dopiero teraz zorientowałam się, że wiatr ustał zupełnie. Wytropiły nas po zapachu.
  Nie byłam pewna, czy to, co widzę, jest snem, czy naprawdę stoję przed zgrają wilków czających się w cieniu i gotujących się do ataku. Jak na komendę usłyszeliśmy warkot, wydobywający się jakby chórem z wielu gardeł.
  Spanikowałam i pod wpływem adrenaliny rzuciłam się drogą przed siebie. Nathan musiał się natrudzić, by mnie dogonić. Gdy udało mu się to zrobić, obaj popędziliśmy jak najszybciej przed siebie. Widziałam, że wilki biegną na skraju lasu, tym samym rytmem, co my. Ich oczy w dalszym ciągu błyskały złowieszczo w mroku. Przyspieszyłam kroku.
  Nagle stało się to, czego najbardziej się obawiałam. Zwierzęta wybiegły z lasu, zagradzając nam drogę. Rozpędzeni, zatrzymaliśmy się z Nathanem za blisko nich. Warknęły, odsłaniając kły i kłapiąc śnieżnobiałymi zębiskami. Chłopak wystąpił naprzód.
- Schowaj się za mną.- polecił.
  Z duszą na ramieniu cofnęłam się za niego. Przerażone serce jeszcze gnało, mimo, że już od kilkunastu sekund staliśmy w miejscu, zesztywniali ze strachu. Zwierzęta podeszły do nas, a my odsunęliśmy się. W tamtym momencie myślałam tylko o jednym: zagryzą nas. Skoczą i rozerwą na strzępy mnie i Nathana. Wilki podchodziły bliżej, widząc, że jesteśmy bezbronni. Nie mogliśmy nic zrobić. Tylko czekać. Z przerażenia zacisnęłam palce na ramionach chłopaka tak mocno, że aż zbielały mi kostki. Zamknęłam oczy, by nie patrzeć na to, co za chwilę się wydarzy.
  Niespodziewanie usłyszałam... szczekanie! Dochodziło z lasu. Coś wielkiego i ciężkiego ku nam biegło, ocierając się o drzewa, łamiąc gałęzie oraz patyki i torując sobie drogę wśród krzaków. Zakotłowało się w cieniu i po chwili wypadło z gęstwiny drzew, tuż za nami. Krzyknęłam, widząc, że pędzi prosto na nas.
- Padnij!- krzyknął Nathan, a zwierzę zwinnie przeskoczyło nad naszymi głowami, lądując przed zgrają wilków, szczekając oraz warcząc.
  Wataha, oniemiała, cofnęła się, a ja mogłam dokładniej przyjrzeć się zwierzu. Był ogromny, sięgał mi zapewne do pasa. Jego sierść była czarna. Moim zdaniem był to bernardyn, choć mogłam się mylić, bo było zbyt ciemno by zobaczyć szczegóły. Unosił się wokół niego czarny dym.
  Wilki otrząsnęły się ze zdziwienia i zaczęły okrążać psa. Ten jednak nie dał się podejść. Obnażył kły i skoczył ku nic nie podejrzewającemu zwierzęciu. Usłyszeliśmy skomlenie i jeden z wilków popędził w las z podkulonym ogonem. Bernardyn odskoczył równie szybko jak zaatakował. Reszta watahy cofnęła się, zdezorientowana. Po chwili zwierzę zupełnie zniknęło mi z oczu. Słyszałam tylko skomlenie wilków, ujadanie, ostrzegawcze warczenie. Po jakimś czasie nie pozostało ani śladu po zwierzętach. Wszystkie, przestraszone, uciekły w las.
  Staliśmy tak z Nathanem i dopiero teraz zauważyłam, że przytulamy się do siebie. Nie przeszkadzało mi to, choć trochę się zaczerwieniłam. Przerażenie jeszcze nie minęło, a serce nie zwolniło swego biegu, dalej tłukło się w piersi jak szalone. Wszystko stało się bardzo szybko. Jeszcze przed chwilą w śmiertelnym niebezpieczeństwie, teraz byliśmy już bezpieczni. Czy na pewno? Gdzie był pies, którego bały się nawet wilki?
  Nathan odsunął się ode mnie. Ja z niechęcią także.
- Co to było?- spytałam, dalej oszołomiona.
- Nie wiem. Pierwszy raz widziałem coś takiego. Wcześniej nie było w tym lesie ani wilków, ani żadnych psów.- odparł.
- Nathan, chodźmy stąd, boję się, że wrócą.
- Racja.
  Znów ruszyliśmy drogą przed siebie, tym razem przestraszeni, nerwowo rozglądając się na boki w poszukiwaniu niebezpieczeństwa. Niestety, nie minęło.
  Nagle zmaterializował się przed nami bernardyn. Stanęliśmy jak wryci. Krzyknęłam cicho. Skąd on się wziął przed nami tak szybko?
  Zwierzę mierzyło nas wzrokiem. Nie wyczułam, by było wrogo nastawione.
- Cassie, odsuń się.- powiedział Nathan.
  Po tych słowach bernardyn warknął, odsłaniając kły. Zaczął do nas podchodzić. Wkurzyłam się. Odepchnęłam ramię Nathana i wyszłam wprost naprzeciw psa, tak, że jego pysk znajdował się niebezpiecznie blisko mnie.
- Odejdź!- krzyknęłam do niego.- Zostaw nas w spokoju! Idź sobie!
  Zwierzę przez kilka sekund patrzyło na mnie nierozumiejącym wzrokiem, przekrzywiając łeb. Myślałam, że udało mi się w jakimś stopniu wyprowadzić je z równowagi. Byłam naiwna. Zwierzę wyprostowało się, naprężyło i skoczyło, kłapiąc zębami. Zakryłam rękami głowę. Poczułam, że jego kły zaciskają się na moim nadgarstku. Zawyłam z bólu, a przed oczami zatańczyły mi czerwone i czarne plamki. Kilka sekund później zwierzę zaskomlało i odskoczyło. Nathan podbiegł do mnie z kamieniem w ręce. Już wiedziałam, że pies oberwał skałą. Chłopak objął mnie ramieniem, a ja ścisnęłam swój nadgarstek dłonią, walcząc z bólem. Pies spojrzał na nas, i zauważyłam, co było dziwne, jakby się uśmiechał. Po chwili skłonił przede mną łeb i rozpłynął się w cień. Jeszcze przez chwilę staliśmy w miejscu, by upewnić się, czy nie wróci. Gdy po kilku minutach nic nie nastąpiło, Nathan odrzucił kamień, który potoczył się po drodze i zwrócił do mnie:
- Zranił cię?- spytał, dotykając mojej ręki.
  Od razu zauważył dziury po zębach i krew ściekającą z głębokich ran. Oderwał brzeg swojego T-shirtu. Zacisnęłam zęby by nie krzyknąć, gdy skrawkiem swojej koszuli bandażował mi nadgarstek. Mimo to, z mojego gardła wydobył się jęk.
- Bardzo boli?
  W jego oczach widoczna była ogromna troska.
- Wytrzymam- powiedziałam.- Co to było za zwierzę?
- Nie wiem, chyba ogromny pies. Nie rozumiem, dlaczego najpierw uratował nas przed wilkami, a później cię ugryzł.- Nathan spoważniał.- Może wrócić.  Dasz radę biec?
  Potaknęłam słabo głową. Zerwaliśmy się i popędziliśmy dalej krętą ścieżką. W głowie zaczęło mi pulsować, poczułam, że jest mi coraz cieplej, a moje serce przyspieszyło biegu jeszcze bardziej niż dotychczas. Być może to przez bieg, ale nie byłam tego pewna.
  Po kilku minutach szaleńczego przełaju, dotarliśmy do samochodu terenowego. Deszcz bębnił o jego szyby. W mroku nie widziałam go dokładnie, ale wydawało mi się, że jest koloru pomarańczowego. Nathan otworzył drzwi i zaprosił mnie do środka. Chętnie wsiadłam do bezpiecznego pojazdu. Chłopak usiadł obok mnie. Włożył kluczyki do stacyjki i przekręcił. Usłyszeliśmy cichy warkot silnika. Nathan i ja po chwili odjechaliśmy.
- Kiedy w końcu powiesz mi o wszystkim? Co ja tu robię, ugryziona przez wilka, przeniesiona gdzieś za pomocą cienia, zmierzająca do miejsca, którego kompletnie nie znam?- pytałam.
- Nie jesteśmy do końca bezpieczni. Jeszcze trochę, Cassie. Dojedziemy na miejsce i wszystko ci opowiem.- powiedział, zaszczycając mnie swoim uwodzicielskim uśmiechem.
  Przewróciłam oczami.
- Nawet nie liczę, ile razy dziś to powiedziałeś, a nadal nic nie wiem i nie jesteśmy na miejscu!
  Nathan posmutniał.
- Już wkrótce.
  Westchnęłam, mrucząc pod nosem niezbyt przyjemne słowa.
- Prześpij się. Szybciej minie ci czas.- zaproponował.
- Nie mam ochoty.
- Chociaż spróbuj. Tyle się dziś zdarzyło... potrzebujesz odpoczynku.
  Pomyślałam, że być może to dobry pomysł. I tak na razie niczego się nie dowiem. Przytaknęłam więc, opierając głowę na oparciu fotela. Już po chwili oczy same mi się zamknęły, a bębnienie deszczu o szybę ukoiło mnie i osunęłam się w sen.

                                                                                     ***

- Cassie, obudź się, musimy iść.
  Usłyszałam ten głos jakby z oddali. Szepnęłam coś w stylu "jeszcze 5 min mamo, już wstaję", po czym poczułam delikatne szarpnięcie. Otwarłam oczy i aż podskoczyłam. Nie wiedziałam, gdzie się znajduję, jak się tutaj dostałam i dlaczego nie jestem w domu. Lecz po chwili, ocknąwszy się już zupełnie z mgielnej powłoki snu zasnuwającej mój umysł, wszystko sobie przypomniałam. Poczułam silny ból głowy. Było mi gorąco, a rana piekła niemiłosiernie. Nie wiedziałam, dlaczego tak jest i na razie postanowiłam nie martwić tym Nathana.
- Która godzina?- spytałam, ziewając i przecierając zaspane oczy.
- Nie wiem dokładnie, ale słońce już za chwilę powinno wzejść.
  Rzeczywiście. Gwiazdy zaczęły blednąć, ale księżyc w pełni jeszcze świecił, choć jego blask osłabł. Horyzont coraz bardziej się rozjaśniał, najpierw delikatną szarością, później żółcią. Po deszczu nie było śladu. Ujrzałam przez przednią szybę, że jesteśmy w lesie. Wokół roiło się od sosen i świerków, ale dostrzegłam także buki i olchy. Krzaki i mech pokrywały praktycznie każdy skrawek gleby.
- Gdzie my jesteśmy?
- Na skraju Puszczy. To wielki i dziki obszar, pełen niebezpieczeństw.
- I ty chcesz mi powiedzieć, że mamy przez niego przejść?
- Oczywiście, że tak. Innej drogi nie ma.
- Proszę, nie chcę zostać zjedzona przez niedźwiedzia.
- Nie będziesz. Dopilnuję tego. Co z twoją ręką?
  Zerknęłam na dłoń. Rana po zębach zwierzęcia wygięła się jakby w uśmiechu, imitując półksiężyc. Skóra naokoło niej była zaczerwieniona i spuchnięta. Pokazałam rękę Nathanowi. Syknęłam, gdy jej dotknął.
- Przepraszam.- mruknął.
- Mam nadzieję, że to zwierzę nie miało wścieklizny.- zapytałam, z lękiem.
- Musimy jak najszybciej dotrzeć do uzdrowiciela. Chodź, wysiadamy. Jesteśmy już bardzo blisko. Kilka kilometrów i dotrzemy do Kanionu.
- Dokąd?
- Zobaczysz.
  Nathan i ja wysiedliśmy z samochodu. Zamknęliśmy za sobą drzwi. Spojrzałam na księżyc. Była pełnia. Niebo zaróżowiło się znacznie, a gwiazdy zblakły już zupełnie. Westchnęłam, wdychając rześkie powietrze po deszczu. Poczułam zapach sosen i kojący chłód na skórze.
  Ni stąd ni zowąd moje serce przyspieszyło biegu. Było mi coraz cieplej. Własna skóra powoli zaczynała mnie parzyć. W uszach słyszałam dudnienie.
- Słyszysz mnie?- spytał Nathan, ściskając mnie za ramię.
  Otrząsnęłam się i spojrzałam na niego. Wpatrywał się we mnie z niepokojem. Przytaknęłam, kłamiąc. W tym momencie słyszałam tylko szum. Czułam się coraz słabiej, a moja rana pulsowała, piekąc.
  Nathan spojrzał mi w oczy.
- Jeszcze nigdy nie spotkałem takiej dziewczyny jak ty. Jesteś niesamowita... jak będziemy na miejscu, zabiorę cię na kolację, chcesz? Będziemy świętować twoje urodziny. Wypoczniesz i opowiem ci o wszystkim, odpowiem na każde twoje pytanie.
- Nathan, ja...- zaczęłam.
- O co chodzi?
  Chwyciłam się ręką za głowę.
- Chyba źle się czuję.- odparłam, tracąc grunt pod nogami.
  Widziałam i słyszałam wszystko jak przez gęstą mgłę. Nathan złapał mnie w ramiona, ratując przed upadkiem. Patrzył na mnie z lękiem i troską. Raz po raz wykrzykiwał moje imię. Nie mogłam jednak i nie potrafiłam mu odpowiedzieć. Po chwili zamknęłam oczy i zapanowała cisza.

___________________________________________________________________________________
Kolejny rozdział za mną ;) dziękuję za miłe komentarze pod postami - naprawdę motywują <3

czwartek, 9 lipca 2015

Rozdział 1 - Ciąg dalszy nastąpił

  Obudził mnie natarczywy dźwięk. Otworzyłam oczy i zdałam sobie sprawę, że to budzik. Wstałam, wyłączając go i rozejrzałam się po pokoju. Wszystko znajdowało na swoim miejscu, jedynie żarówka z lampki nocnej była stłuczona. Wstałam z łóżka, przeciągając się. Za oknem świeciło słońce, a jego jasne promienie muskały moją twarz. Uśmiechnęłam się, odwracając wzrok od okna i pełna wigoru ruszyłam do drzwi. Nagle przystanęłam, zdziwiona. Po moich drzwiach nie było ani śladu.
  Zmarszczyłam brwi. Próbowałam przypomnieć sobie, co robiłam wczoraj wieczorem, ale... nic nie pamiętałam! Wiedziałam tylko tyle, że miałam czekać do godziny 4:14 i zobaczyć, co się wtedy będzie działo na dolnym piętrze. Nie miałam pojęcia, czy to widziałam. Ze złością stwierdziłam, że musiałam spokojnie przespać całą noc. To było jedyne racjonalne wyjaśnienie tego, że kompletnie nic nie pamiętałam.
  Wzruszyłam ramionami i poszłam korytarzem w stronę schodów. Zeszłam po nich na dolne piętro i wkroczyłam do kuchni. Przy stole siedzieli już mama i tata.
- Cześć.- przywitałam się z nimi.
- Dzień dobry, jak ci się spało?- spytała mama.
- Bardzo dobrze.- powiedziałam, podchodząc i zajmując wolne krzesło obok taty zawiązującego krawat.- Dlaczego w moim pokoju nie ma drzwi?
  Rodzice wymienili spojrzenia. Odniosłam wrażenie, że coś wiedzą, ale nie zamierzają mi o tym powiedzieć.
- Nie ma ich, ponieważ postanowiłem je odmalować. Były już stare i złaziła z nich farba.- powiedział tata, po chwili zmieniając temat.- Już jutro twoje urodziny, cieszysz się?
- No pewnie! Nie mogę się doczekać!
- Dobrze, w takim razie mama zorganizuje coś dobrego do jedzenia na jutro, a ja po pracy też jej pomogę. Teraz niestety muszę już iść.- powiedział, wstając od stołu.- Do zobaczenia potem.
- Cześć!- powiedziałyśmy z mamą.
  Tata ubrał swoją brązową kurtkę i podążył ku wyjściu. Trzasnęły drzwi. Mama wstała od stołu, wzięła talerz z kanapkami z kredensu i położyła go przede mną.
- Smacznego.- życzyła mi z uśmiechem.
- Dzięki.
  Zabrałam się do jedzenia, kiedy nagle zadzwonił dzwonek do drzwi. Popatrzyłyśmy po sobie ze zdumieniem.
- Tata czegoś zapomniał?- spytała mama, ruszając ku wyjściu.
- Niemożliwe, przecież wszedłby nie dzwoniąc.- odparłam.
  Mama otworzyła drzwi i usłyszałam wymianę zdań.
- Dzień dobry, Lindo.- powiedziała.
- Dzień dobry- odpowiedziała kobieta, którą poznałam po głosie jako panią z sąsiedztwa.- Przepraszam, że przychodzę tak z rana bez zapowiedzi, ale coś strasznego dzieje się z moimi psami! Nie chcą jeść i pić od dwóch dni, leżą, nie śpią. Anno, pomocy!
- Zaczekaj, wezmę tylko moją teczkę.
  Mama przemknęła przez kuchnię do swojego gabinetu, znajdującego się z prawej strony kuchni. Po kilku sekundach szła z powrotem, trzymając wypchaną teczkę. Zatrzymała się obok mnie.
- Cassie? Muszę na chwilę wyjść. Zjedz śniadanie i czekaj na mnie, dobrze?
- Okej.- byłam niezadowolona, bo chciałam zapytać mamę o te ciągłe zdarzenia przed moimi urodzinami.
  Ruszyła ku drzwiom.
- Do zobacze... aha, zapomniałabym!- mama zatrzymała się w pół kroku i odwróciła do mnie.- Gdy jeszcze spałaś, dzwonił Nathan. Przyjdzie dzisiaj do ciebie.
- O której?- spytałam znudzona.
  Nathan to jeden z nieuków w mojej klasie. Ma problemy z kilkoma przedmiotami, szczególnie z fizyką i chemią. A ja, na niekorzyść, muszę mu pomagać. Zrozumiałabym, gdyby jeszcze coś załapał po moich lekcjach, ale on kompletnie nic nie umie! Staram się jak mogę, ale moje "korepetycje" nie przynoszą efektów i na każdej lekcji w moim domu muszę tłumaczyć mu to samo!
- O jedenastej- powiedziała mama.
- "Czyli za piętnaście minut!"- pomyślałam, zła, a głośno odparłam.- Okej, miłej pracy.
- Do zobaczenia.- odpowiedziała i wyszła wraz z sąsiadką.
  Znów trzasnęły drzwi. Zostałam sama, jak zwykle. Mama była weterynarzem, więc często zdarzało się jej wychodzić z domu, by pomóc chorym lub rannym zwierzętom sąsiadów. Miałam tylko 15 minut swobody. Potem będę się męczyć, żeby jakoś wytłumaczyć Nathanowi fizykę lub chemię, której z pewnością i tak nie zrozumie.
  Dokończyłam jedzenie kanapek i wstałam z krzesła. Ruszyłam do mojego pokoju, by ubrać się i wziąć z niego parę rzeczy. Wyszłam po schodach na piętro i przekraczając próg, po raz drugi dzisiaj zdziwiłam się, dlaczego nie ma moich drzwi. Jakoś nie chciało mi się wierzyć, że tata wyciągnął je z zawiasów w celu odmalowania, kiedy jeszcze spałam. Gdybym tylko potrafiła sobie przypomnieć, co działo się w nocy, byłoby mi o wiele łatwiej. No cóż, nie miałam takiej możliwości. Choćbym nie wiem jak się starała, w mojej głowie była pustka. Nie, nic wczoraj nie piłam. Nie lubię alkoholu, dopiero co skończyłam 15 lat!
  Tak rozmyślając, podeszłam do szafki. Wyciągnęłam z niej świeże ubrania, a następnie zrzuciłam z siebie pidżamę i przebrałam się w nie. Poszłam do łazienki, biorąc z półki grzebień. Kiedy już rozczesałam moje długie do ramion włosy, odłożyłam grzebień na swoje miejsce i podążyłam do pokoju. Podeszłam do mojego plecaka. Wyciągnęłam z niego książki, które z pewnością będą mi za chwilę potrzebne. Podręcznik do fizyki i chemii, kilka kartek, piórnik... to wszystko. Zamknęłam plecak, wstając. Rozejrzałam się po pokoju. Jego wygląd nie zmienił się od wczorajszej nocy. Z lewej strony na półce stały moje książki, dalej łóżko, obok niego szafka nocna, na niej lampka i zegarek. Po prawej stronie znajdowała się szafa, półki na różne drobiazgi i biurko, na którym odrabiałam lekcje. Normalny pokój piętnastolatki.
  Wyszłam z niego i schodząc na parter, skierowałam się do salonu. Tu także wszystko było na swoim miejscu. Na ścianie po lewej stronie wisiał telewizor, po prawej stała sofa i fotele, a przed nimi stół.
  Położyłam na nim zeszyty, książki, piórnik oraz kartki. Podeszłam do okna i ujrzałam zwykły widok: odrapane bloki, szare ulice, dym ze spalin unoszący się nad krętymi ulicami. Ani skrawka zieleni. Z obrzydzeniem odeszłam od okna. Nienawidziłam tego miasta. Czułam się w nim jak w klatce, wszędzie zabetonowane osiedla, autostrady, miliardy fabryk i samochodów stojących w gigantycznych korkach i zatruwających środowisko oraz bloki pnące się ku niebu. Wszędzie szarość, widoczna aż po horyzont.
  Usiadłam na jednym z foteli. Pamiętam, jak pięknie było na wsi. Wszędzie pola, lasy, góry i przede wszystkim czyste powietrze! Nigdy tego nie zapomnę. Mimo, że to było dawno, pamiętam tę przestrzeń i wolność. Gdy w zimie biegałam po polach, widziałam, jak ziemia zlewa się z niebem. Nie tak, jak tutaj, w mieście.
  Z rozmyślań wyrwał mnie dzwonek do drzwi. O nie, pomyślałam. Nathan. Znudzona i zrezygnowana poszłam otworzyć drzwi.
- Hej.- powiedziała osoba, której się spodziewałam.
  Nathan był dość wysokim chłopakiem o czarnych włosach i przenikliwym spojrzeniu. Nosił okulary, a gdy się uśmiechnął, dostrzegłam aparat na jego zębach. Ubrany był w sweter w szaro- brązowe paski i szerokie, czerwone spodnie. Miał miodowo-złote oczy i patrzył na mnie rozmarzonym wzrokiem.
  Jeszcze tego mi brakowało, żeby Nathan się we mnie podkochiwał, pomyślałam.
- Wejdź, proszę.- powiedziałam na głos.
- Dzięki.
  Poszliśmy do salonu. Nathan zdjął swoją torbę, którą miał dotychczas przewieszoną przez ramię i usiadł na kanapie. Ja opadłam na siedzenie obok niego.
- Od czego zaczynamy?- spytałam.
- Może od chemii.
- Okej.
  Wzięłam książkę i otworzyłam ją na pierwszej stronie. Rozdział nosił nazwę: "Rodzaje wiązań chemicznych".
- No więc tak.- zaczęłam wykład.- W szkole poznaliśmy trzy rodzaje wiązań: kowalencyjne niespolaryzowane, spolaryzowane i jonowe.
- A co to są wiązania?- spytał.
- Na to pytanie odpowiadałam na poprzednich korepetycjach. Poczekaj, dojdziemy do tego. Więc tak, wiązanie kowalencyjne spo...
- Co to znaczy "kowalencyjne"?- wtrącił znów.
- Na razie skupmy się na rodzajach wiązań, bo każdy jest inny.
- Dlaczego są tylko trzy? A nie osiem?
  Byłam na skraju wytrzymałości.
- Ponieważ tyle do tej pory poznaliśmy w szkole. No więc wiąz...
  Nagle rozległ się dzwonek do drzwi.
- Poczekaj, pójdę otworzyć, pewnie mama wróciła.
- Dobrze, Cass.
  Wstałam z kanapy i ruszyłam do drzwi, czując na plecach wzrok Nathana. Irytowało mnie to, że mówił do mnie "Cass", zadawał tyle bezsensownych pytań oraz, że nie dawał mi dojść do słowa w moich korepetycjach. Wszystko mnie w nim denerwowało!
  Wściekła stanęłam przed drzwiami, otwierając je. Doznałam lekkiego zdziwienia.
- Hej, Kate.- powiedziałam, ujrzawszy w progu moją przyjaciółkę.
- Cześć, Cassie. Słuchaj, mam do ciebie ogromną prośbę: pożyczyłabyś mi zeszyt do historii? Brat zalał mi mój kawą i muszę cały przepisać.
- Jasne, wejdź, zaraz go poszukam.- zaprosiłam ją gestem.
- Dzięki.
  Znów skierowałam się do salonu, tym razem w towarzystwie Kate. Nathan obrzucił ją podejrzliwym spojrzeniem i wypowiedział suche: "cześć", a ona odpowiedziała mu tym samym. Zdziwiła mnie ta oschłość w ich głosach. Czyżby się nie lubili? Możliwe, że Kate mu dokuczała - tak jak cała nasza klasa - chociaż nigdy tego nie zauważyłam. Takie rzeczy mogły mieć jednak miejsce, przecież nie chodzę krok w krok za Nathanem.
  Skończyłam moje rozmyślania i zwróciłam się do Kate, stojącej tuż obok mnie.
- Poczekaj tutaj, pójdę po zeszyt. Rozgość się.
- Nie ma sprawy.- powiedziała, uśmiechając się do mnie.
  Odwróciłam się, kierując w stronę schodów. Zeszyt powinien być na półce, pod książką do historii, uczyłam się z niego wieczorem.
  Niespodziewanie poczułam uderzenie. Upadłam na podłogę, a coś ciężkiego przygniotło mnie do ziemi. Krzyknęłam, próbując się wyrwać, jednak nie dałam rady. Usłyszałam nad sobą powarkiwania i szarpaninę. Nagle, tak szybko jak się pojawił, ciężar z moich pleców zniknął, a ja podniosłam się z ziemi najszybciej jak mogłam. Obejrzałam się za siebie. Widok przeraził mnie jeszcze bardziej.
  Kate stała kilkanaście kroków ode mnie. Na ziemi leżały moje potargane podręczniki, a kartki fruwały po całym salonie. Dziewczyna nie wyglądała już jak moja zadbana przyjaciółka. Miała poszarpany sweter i dżinsy, a włosy, dotychczas spięte w idealny kok, były w nieładzie. Jej twarz nabrała dzikiego wyrazu, oczy żarzyły się jak dwa węgle rozpalone do czerwoności. Mogłabym przysiąc, że widziałam już gdzieś takie ślepia. Niestety, nie mogłam sobie przypomnieć, gdzie. Kate rozchyliła usta w grymasie wściekłości, ukazując zęby ostre jak brzytwa. Obok niej dostrzegłam Nathana. Miał głębokie rozcięcie na ramieniu, lecz mimo tego stał w gotowości do walki. Jego okulary przekrzywiły się, ale nie zwracał na to najmniejszej uwagi.
- Kate?- wyjąkałam z przerażeniem.- Co się...
  Nie skończyłam, ponieważ rzuciła się na mnie z pazurami. Na szczęście z lewej strony wyskoczył Nathan, złapał mnie w locie i odepchnął. Kilka milimetrów dzieliło moją twarz od kłów Kate, która przeleciała obok nas. Potoczyłam się po podłodze. Odwróciłam się, wstając jak najszybciej w momencie, gdy Nathan wyjął z ust... aparat na zęby i rzucił nim o podłogę! Następnie ściągnął okulary, które pękły i powyginały się po spotkaniu z ziemią. Ze zdumienia otworzyłam szerzej oczy. Co się tutaj działo?
- Nie uratujesz jej.- wychrypiała Kate, podchodząc do Nathana.- Wycofaj się, a może dam ci uciec!
- Nigdy! To ty opuścisz ten dom albo będę zmuszony wyrzucić cię z niego siłą!
- Ojoj, Strażnik się zdenerwował?- moja przyjaciółka parsknęła śmiechem.- Jakie to straszne, już wychodzę! Tylko zabiorę coś, co jest mi potrzebne!
  Ruszyła w moją stronę z krzywym uśmiechem. Cofnęłam się aż do ściany za kanapą.
- Nie bój się.- warknęła.- Przynieś mi zeszyt, dobrze?
  Przerażona, spojrzałam na Nathana i ze zdziwienia utkwiłam w nim wzrok. Stał kilka kroków ode mnie. Ściągnął właśnie sweter, ukazując kryjącą się pod spodem jaskrawopomarańczową koszulkę. Zamiast dresów miał teraz na sobie granatowe spodenki sięgające mu do kolan. Stał idealnie wyprostowany, a po garbie nie było śladu. Jego włosy były rozczochrane, przez co był jeszcze bardziej przystojny. Wydawało się, że nie stoi już przede mną brzydki nieuk, a zupełnie inna osoba!
  "Nowy" Nathan ominął Kate oraz kanapę i stanął obok mnie. Zdałam sobie sprawę, że do tej pory rozdziawiałam usta w wyrazie głębokiego szoku, co musiało wyglądać dość dziwnie. Zamknęłam je więc, nadal przerażona zaistniałą sytuacją.
- Wszystko okej? Nic ci nie jest?- spytał, spoglądając na mnie.
- Nie! Nic nie jest okej! Wytłumacz mi to! Co tu się dzieje?
  Kate roześmiała się, ukazując długie, białe kły.
- Jakie to szlachetne, że ją bronisz, Strażniku, ale twa odwaga nie wystarczy.
- Czemu tak mówisz do Nathana?- spytałam.
  Moja przyjaciółka udała zdziwioną.
- Nic jej nie powiedziałeś? Tak bez uprzedzenia? Nieładne zagranie.- zwróciła się do chłopaka.
- Odejdź!- krzyknął ze złością i zamachnął się na nią pięścią.- Wampiry takie jak ty nie są tu mile widziane!
  Kate wdzięcznie odskoczyła i wylądowała kilka kroków dalej. Zamarłam z przerażenia.
- Co powiedziałeś?- spytałam Nathana.
  Odwrócił do mnie głowę.
- Cassie, Kate to...
  Sekundę później uderzył o ścianę. Osunął się na ziemię, nieprzytomny.
- Nathan!- krzyknęłam, przestraszona.
  To przeze mnie, pomyślałam. Wystarczyła chwila nieuwagi.
- Jesteś wampirem?- spytałam moją przyjaciółkę.
  Kate zachichotała i uderzyła. Odsunęłam się, fundując jej pięści spotkanie ze ścianą. Wampirzyca zasyczała ze złością i ponownie zaatakowała. Cofałam się, zakrywając rękoma przed ciosem, które sypały się w moją stronę jak grad. Serce biło mi jak szalone, nie wiedziałam, co się dzieje. Przerażona prosiłam w duchu, by Nathan podniósł się i mi pomógł. Kątem oka dostrzegłam, że leży w tej samej pozycji pod ścianą. Krzyknęłam do niego, lecz nawet się nie poruszył. Ogarniał mnie coraz większy strach. W ostatniej chwili uchyliłam się przed kolejnym ciosem Kate, robiąc szybki krok w tył.
  Niepodziewanie natrafiłam na przeszkodę, w postaci oparcia kanapy. Przechyliłam się w tył, tracąc równowagę, a gdy wampir chciał mi podciąć nogi, podskoczyłam, dziwiąc się samej sobie. Co ja wyprawiam?
  Poleciałam w tył przez oparcie, a moje nogi podskoczyły w górę. Gdy Kate podeszła, rąbnęły ją prosto w brodę. Wrzasnęła na mnie, chwytając mnie za kostki.
- Hej, wampirze!- rozległ się krzyk Nathana.- Łap!
  Na dźwięk jego głosu opanowała mnie radość. Odwróciłam głowę w kierunku, skąd dochodził jego głos. Sekundę później dostrzegłam stolik z salonu, który szybował przez pokój wprost na Kate. Wampirzyca wydała z siebie zduszony okrzyk i wypadła z pokoju trafiona meblem. Nathan podbiegł do mnie.
- Nic ci się nie stało?- spytał, podnosząc mnie.
- Masz mi dużo do wyjaśnienia, nie udawaj, że akurat nagle się o mnie troszczysz! Najpierw miesiącami zadręczasz mnie nauką...- wyliczałam, chodząc w kółko po salonie.-...następnie z brzydkiego robisz się przystojny! Moja najlepsza przyjaciółka jest wampirem i cholernie chce zeszyt do historii, tak bardzo, że aż postanowiła zrobić mi z pokoju pobojowisko, a mnie zabić!
  Nathan westchnął.
- Jesteś okropny, kim ty tak naprawdę jesteś?!- krzyczałam na niego.
  Odwróciłam się i pomaszerowałam w kierunku drzwi wyjściowych. Nie uszłam kilku kroków, gdy chłopak chwycił mnie za ramiona i ustawił do siebie przodem. Następnie położył swój palec na moich ustach. To mnie, nie ukrywam, zaskoczyło. Zesztywniałam, milknąc.
- Ćśś...- szepnął mi do ucha.- Cassie, wiem, że to nie jest dla ciebie proste, musisz mi zaufać. Po prostu uwierz i pozwól zadbać o twoje bezpieczeństwo. Proszę.
  Jego twarz była niemożliwie blisko mojej. Zarumieniłam się i powoli, sekunda za sekundą, uspokoiłam. Nadal jednak byłam tym wszystkim przerażona, a moją głowę rozsadzało miliard pytań, obaw i uczuć.
  Wziął palec z moich warg i odsunął się ode mnie. Mimo to dalej czułam jego dotyk na swoich ustach.
- Dobrze... ale ja po prostu się boję!- wychrypiałam i spuściłam wzrok.
  Zdumiałam się, gdy ujął mnie pod brodę
- Już niedługo wszystkiego się dowiesz. Jeśli będzie trzeba, poświęcę się dla Ciebie, bylebyś nie musiała się bać.
  Jego głos był dla mnie kojący, słyszalny nawet jako szept. Nikt, przenigdy nie mówił do mnie w ten sposób. Chociaż niewiele rozumiałam, a strach mnie nie opuszczał, postanowiłam dać mu szansę.
- Dobrze, postaram Ci się zaufać- powiedziałam.
  Naszą rozmowę przerwał krzyk. Chwilę później w drzwiach do salonu stanęła rozwścieczona Kate. Dostrzegłam, że kawałek blatu utknął jej we włosach.
- To nie koniec.- zachichotała.- Miałam tylko ostrzec i przekazać wiadomość. Demony przejęły kontrolę. Mają słońce w garści, a Ognisty Pierścień jest w ich władaniu. Nic już nie możecie zrobić. Zbliża się Dzień Czarnego Słońca. Już niedługo Strażnicy i noc będą tylko wspomnieniem!
  Na naszych oczach zmieniła się w czarnego nietoperza, przeleciała przez cały salon, machnęła skrzydłami i wyleciała przez okno, wybijając szybę. Odetchnęłam głośno z ulgą. Nathan podszedł żwawym krokiem i usiadł na kanapie. Zrobiłam to samo.
- Co to ma znaczyć? Co się właściwie stało? Nie wierzę! Jak ja to wytłumaczę mamie?- pytałam z jękiem.
- Na razie nie jest to ważne. Gdzie moja torba?
  Rozejrzałam się i mój wzrok padł na poduszce. Podniosłam ją i znalazłam to, czego szukałam. Podałam torbę Nathanowi. Wziął ją ode mnie i rozsunął zamek. Wyjął z niej mały pakunek i bukiet róż.
- Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, Cassie.- powiedział, uśmiechając się do mnie.
  Wręczył mi prezent. Byłam mile zaskoczona.
- Ile to dzisiaj niespodzianek...- szepnęłam, a po chwili zaczęłam głośniej.- Dziękuję za pamięć, Nathan, ale urodziny mam dopiero jutro. Dlaczego dajesz mi to dzisiaj?
  W momencie spoważniał.
- Ponieważ jutro może nie nadejść zbyt szybko.- odparł zagadkowo.
  Zabrałam się do otwarcia paczuszki. Nathan powstrzymał mnie gestem.
- Nie otwieraj tego teraz.
- Dlaczego?
- Zrób to dla mnie i choć na chwilę powstrzymaj się od pytań.
- Łatwo ci mówić.- mruknęłam.
- Chodź, musimy iść.- powiedział Nathan, wstając.
  Przez cały czasu nie mogłam oderwać wzroku od jego miodowo-złotych oczu i zupełnie czarnych włosów. Podniosłam się z kanapy, zostawiając na niej bukiet i idąc w ślad za nim.
- Gdzie?- spytałam, pełna niepokoju.
- Do miejsca, gdzie będziesz bezpieczna.
- To znaczy?
- Zobaczysz.
  Zaczynało mnie to coraz bardziej irytować. Pełno nierozwiązanych spraw, miałam mętlik w głowie, byłam przerażona, a on jeszcze chciał mnie gdzieś zawlec! Z drugiej strony uratował mnie od Kate. Gdyby chciał zrobić mi krzywdę, zostawiłby mnie na pastwę wampira.
- I znów zagadki.- powiedziałam, wzdychając.
- Przykro mi, ale to konieczne. Nikt nie może się o nas dowiedzieć.
- Jak to? Przecież zna nas połowa miasta!
- "Nas", to znaczy Strażników.
- Ach, tak. Czego strzeżecie?
- Wszystko ci pokażę. Chodź już wreszcie, nie mamy dużo czasu.
- Nie mogę tak po prostu wyjść! Gdzie mnie zabierasz?
- To dość daleko.
- I ty myślisz, że zgodzę się na to?- spytałam, krzyżując ręce na piersi.
  Nathan znów zbliżył się do mnie tak, że dotykaliśmy się czołami. Wzdrygnęłam się, ale byłam zbyt sparaliżowana tą bliskością, by się odsunąć. Chłopak patrzył mi prosto w oczy, a mnie na zmianę to robiło się gorąco, to oblewał zimny pot.
- Myślę, że mi zaufasz na tyle, by dać się zaprowadzić do celu bez pytań.- odezwał się prawie szeptem.- Bardzo cię lubię i w twoich oczach widzę, że ty mnie też.
  Zawstydziłam się, spuszczając wzrok.
- Obiecuję, że w każdej chwili będziesz mogła tutaj wrócić. I przyrzekam, że zrobię wszystko, byś zawsze była bezpieczna.
  Westchnęłam.
- Nathan, właśnie stoczyłam walkę z moją najlepszą przyjaciółką, której ufałam jak nikomu innemu. Była dla mnie jak siostra. Teraz okazuje się, że to wampir czyhający na moje życie. Następnie ty - nie obraź się, ale do tej pory byłeś okropnie brzydki. A teraz? Jesteś zupełnie innym chłopakiem. Jak mogę ci zaufać? Nie mam nawet pewności, czy dalej jesteś tym, kim byłeś do tej pory.
- Cassie... udawałem nieuka potrzebującego korepetycji, by być blisko ciebie, by mieć na ciebie oko. Zmienił się we mnie tylko wygląd. Jestem taki sam, jaki byłem rok, czy dwa lata temu. Nadal nazywam się Nathan. Musisz pogodzić się z pewnymi rzeczami, jak z Kate, która jest wampirem. Proszę, zaufaj mi. Chcę cię tylko chronić.
  Spoglądałam na niego z przejęciem. Po chwili namysłu odparłam drżącym głosem:
- Okej. Pójdę się spakować.
  Odsunęłam się od Nathana, kierując się w stronę schodów, lecz on mnie powstrzymał.
- Zaczekaj, to nie będzie konieczne. Chodź już.
  Nathan założył torbę na ramię i wszedł do korytarza. Zatrzymał się przy drzwiach.
- Daj mi swój prezent. Schowam go.
  Podałam mu paczuszkę.
- Wezmę chociaż kilka ubrań.- nalegałam.
- Nie, wystarczy ci to, co masz na sobie.
  Miał rację. Byłam ubrana w czarną koszulkę, białą bluzę, dżinsy i zielone trampki. Był środek lata, więc było ciepło.
- Ach, zapomniałbym.- powiedział Nathan i podszedł, dotykając moich włosów.- Są piękne.
- Dzięki.- bąknęłam, miło zaskoczona, a po chwili kontynuowałam.- Zanim z tobą pójdę, muszę jeszcze powiedzieć o tym mamie.
- Nie ma sprawy.- powiedział.- Gdzie ona jest?
- U pani Lindy.
  Chłopak odwrócił się, otworzył drzwi i wyszedł na zewnątrz. Zrobiłam to samo, a na koniec zamknęłam drzwi na klucz. Stanęliśmy przed moim domem.
  - Poczekaj.- powiedziałam, zwracając się do Nathana.- Jeśli Kate jest wampirem, to jak mogła wylecieć przez okno? Mamy środek słonecznego dnia!
  Nathan wskazał sporą kupkę szarego pyłu, znajdującego się niedaleko nas. Spojrzałam w górę. Znajdowała się dokładnie pod wybitym oknem mojego domu.
- Czy to jest...- zaczęłam, przełykając ślinę.
- Tak, to jest Kate.- dokończył Nathan beznamiętnym tonem.- Wampir nie przeżyje spotkania ze słońcem. Widocznie nie była nikim ważnym w hierarchii wampirzej grupy, jeśli była na tyle głupia, żeby w słoneczny dzień wylecieć w postaci nietoperza przez okno. Innym razem dasz jej zeszyt od historii. Chodźmy.
  Przemierzyliśmy kilkadziesiąt metrów i stanęliśmy przed drzwiami domu pani Lindy. Zadzwoniłam do drzwi. Po kilku chwilach otworzyła nam dobrze znana sąsiadka.
- Dzień dobry.- powiedziałam, uśmiechając się.- Ja przyszłam do mamy.
- Dzień dobry, wejdźcie.- powiedziała, zapraszając nas do środka.
  Pani Linda była pogodną staruszką, o miłym wyrazie twarzy. Miała siwe włosy i zawsze elegancko się ubierała. Jednak czy była tą samą osobą, za którą się podawała? Może, tak jak moja najlepsza przyjaciółka Kate, z którą wiązałam tyle przyjemnych wspomnień i której mogła bezgranicznie ufać, okaże się krwiożerczą babcią - wampirem, która wyssie krew z mojej mamy, ze mnie i z Nathana, a później będzie zwabiała tu swoje ofiary na ciasteczka, a następnie przeobrazi się w wampira i zaatakuje bez uprzedzenia? Oblał mnie zimny pot, a przez moje ciało przebiegł dreszcz. Odsunęłam od siebie te myśli.
  Pani Linda zamknęła drzwi. Znaleźliśmy się w ciemnym korytarzu. W głębi domu usłyszałam dźwięk telewizora i szczekanie psa.
- Tędy, proszę.- powiedziała sąsiadka.
  Ruszyłam za nią, lecz Nathan chwycił mnie za ramię.
- Idź, ja tutaj zaczekam.
- Okej.- zgodziłam się.
  Kobieta zaprowadziła mnie do bogato urządzonego salonu. Na każdej z wielu półek poustawiane były rośliny w doniczkach. Znajdowały się tam także skórzane fotele koloru błękitu. Telewizor był włączony na kanale informacyjnym. Obok stolika na kawę klęczała moja mama. Właśnie zakładana jednemu z dwójki psów rasy husky welfron i podłączała ich do kroplówek. Zwierzęta były markotne, chude i bez energii. Leżały na dywanie, patrząc na mnie obojętnym wzrokiem.
- Mamo?
  Odwróciła się, zaskoczona.
- O, Cassie. Co ty tu robisz? Nathan za chwilę do ciebie przyjdzie.
- Już przyszedł.- odparłam, zdezorientowana.- Korepetycje zajęły nam dwie godziny.
  Tak naprawdę na korepetycje składało się w dużej mierze walka z Kate i późniejsza próba dojścia do siebie.
  Mama spojrzała na zegarek.
- Niemożliwe, dopiero przyszłam.
- Jak to? Już kilka godzin nie ma cię w domu!
- Jestem tu od paru minut.- powiedziała mama dobitnie.- Co chciałaś?
  Postanowiłam nie drążyć dalej tego tematu, choć ta sytuacja wydała mi się nader dziwna.
- Chciałam wyjść z Nathanem.
- Dokąd?
- Nie wiem. Nathan gdzieś mnie zabiera.
- Kiedy wrócisz?
- Nie mam pojęcia.- wyznałam.
  Mama westchnęła.
- I myślisz, że pozwolę ci iść?
- Tak, to przecież mój kolega z klasy, nikt obcy.
- Dobrze... ale nie wrócisz zbyt późno?
- Nie, postaram się nie.
- Niech będzie.- powiedziała uśmiechając się.- Baw się dobrze.
- Tutaj jest klucz od domu.- powiedziałam, podając go mamie.- Dziękuję.
  Wyszłam z salonu, a sąsiadka odprowadziła mnie ku drzwiom wyjściowym, gdzie czekał zniecierpliwiony Nathan. Pożegnaliśmy sąsiadkę i znaleźliśmy się na chodniku ruchliwej ulicy.
- Dokąd teraz?- zapytałam.
  Nathan bez słowa ruszył przed siebie. Przypomniałam sobie, że miałam nie zadawać pytań, więc milczałam. Zaczęliśmy iść naprzód chodnikiem na Helsey Street. Doszliśmy do Cooper Ave i skręciliśmy, przechodząc przez Highland Park. Wychodząc na Jamaica Ave, mijaliśmy masę bloków, biurowców, zwykłych budynków, a czasem fabryk. Drogi były szare i zadymione, pełne samochodów, wydzielających przez rury wydechowe jeszcze więcej smogu. Brzydziłam się tym miastem. Było złe. Okropne. Kiedyś być może nie było tu tyle zanieczyszczeń, ale w obecnym 2030 roku szkodliwość substancji w powietrzu była ogromnie przekroczona. Gdybym tylko mogła wrócić tam, gdzie nie ma smogu, a zieleń jest na każdym...
  Z rozważań wyrwał mnie Nathan, który zaczął niespodziewanie biec naprzód. Zaskoczona, do pogoni zerwałam się dopiero po chwili.
- Zaczekaj!- krzyknęłam za nim.
  Nie odpowiedział, przyspieszając. Mijaliśmy kolejny budynek. W pewnym momencie Nathan gwałtownie skręcił za jego róg, w ciemną uliczkę. Pobiegłam za nim, prawie tracąc grunt pod nogami. Chłopak mknął, przybliżając się stopniowo do jednej ze ścian zaułka.
- Niech dotknie cię cień!- wykrzyknął za mną Nathan.- Nie walcz z nim! Daj mu się pochłonąć!
- Co?!
  Nic z tego nie zrozumiałam, byłam przerażona, ale spełniłam polecenie. O dziwo, gdy zbliżyłam się do ściany, ramieniem nie poczułam, że ją muskam. Obok mnie była pusta przestrzeń. Przeraziłam się. Co to miało znaczyć?
- Skacz!- krzyknął.
  Nagle zauważyłam, że Nathan niespodziewanie odbija się od podłoża i rzuca na ścianę... w cień! Po chwili zupełnie zniknął! Wydałam z siebie zduszony okrzyk. Przed sobą zauważyłam murek z cegieł. Jeśli nie skoczę, uderzę w niego, pomyślałam. Zebrałam się w sobie i mimo strachu wskoczyłam w ciemność. Przed sobą nie widziałam nic. Leciałam, krzycząc, coraz niżej i niżej, aż w końcu straciłam świadomość, pozwalając, by pochłonął mnie cień.

___________________________________________________________________________________

Pierwszy rozdział oddaję w Wasze ręce :)
Co sądzicie o Nathanie? Czy Cassie dobrze zrobiła, postanawiając mu zaufać i idąc za nim w nieznane? :)
Pozdrawiam! :*