Poczułam uderzenie. Upadłam na wilgotne podłoże, które okazało się trawą. Otwarłam oczy, które dotychczas były zaciśnięte z przerażenia. Dalej nie wiedziałam, co to było i czego przed chwilą tak właściwie doświadczyłam. Rozejrzałam się wokół, podnosząc z ziemi. Znajdowałam się na rozległej polanie. Za sobą usłyszałam szmer strumyka. Przede mną znajdowała się połać świerkowego lasu, do którego prowadziła polna ścieżka. Panował półmrok, a krople deszczu raz po raz skrapiały moją skórę. Kilka kroków ode mnie stał Nathan, wpatrując się we mnie. Nawet w ciemności dostrzegłam jego piękne oczy, czarne włosy...
- Cassie, musimy iść. Co tak patrzysz?- spytał mnie.Ocknęłam się i podeszłam do niego.
- Co to było? Jak się tutaj znaleźliśmy?
- Drogą cienia, coś w stylu teleportu. Chodźmy, wyjaśnię ci to później.
Ruszyliśmy ścieżką w stronę lasu. Okazało się, że dalej znajdowała się droga polna, prowadząc na wschód. Idąc, po lewej stronie otaczały nas drzewa, po prawej zaś mogliśmy podziwiać krajobraz pól, dalekich zabudowań wiejskich oraz odległy zarys wzgórz i gór. Było cicho i przyjemnie, krople deszczu raz na jakiś czas zraszały ziemię, a przy okazji nas. Wiatr co chwila szemrał w gałęziach iglastych drzew. Chociaż kompletnie nie wiedziałam ani gdzie się znajdujemy, ani gdzie dążymy, to czułam się bezpieczna z Nathanem. Milczeliśmy, w miarę posuwania się naprzód drogą wiodącą w nieznane.
- Jesteśmy już blisko?- zdobyłam się na przerwanie ciszy.
- Samochodu? Tak, jeszcze kilometr.
- Pojedziemy? Nie pójdziemy pieszo?- zdziwiłam się.
- To zajęłoby zbyt dużo czasu.
Po czym rozmowa się urwała. W dalszym ciągu poruszaliśmy się wzdłuż ścieżki. Wieczór zaczynał przechodzić w zmrok. Cienie zlały się w jedno, a księżyc w pełni rozświetlił noc, tak jak i gwiazdy na tle nieboskłonu. Przed sobą nie widziałam praktycznie nic. I nagle usłyszeliśmy wycie.
Nathan się zatrzymał. Ja także. Nasłuchiwaliśmy, zapatrzeni w gęstwinę leśną. Moje serce przyspieszyło biegu, strach opanował całe ciało i zaczęłam dygotać.
- Wilk?- zapytałam z przestrachem.
- Obawiam się, że nie jeden, a cała wataha.
- CO?!- krzyknęłam, trochę za głośno.
- Ciszej! Usłyszą nas.- warknął Nathan.
- Co z tego? I tak prędzej nas wyczują.
- Nie, bo zmienił się wiatr.
Rzeczywiście. Wiatr wiał od strony lasu, tj. z zachodu na wschód, czyli w naszym kierunku.
- Jeśli będziemy dostatecznie cicho, nie wytropią nas.- powiedział Nathan szeptem.- Więc z łaski swojej nie wrzeszcz.
Odpowiedziałam mu milczeniem i skinieniem głowy. Powoli zaczęliśmy iść naprzód, wciąż nasłuchując odgłosów wycia z przerażeniem w oczach. Nogi miałam jak z waty. Nie zamierzałam być pożarta przez wilki. Na szczęście, widocznie zwierzęta odeszły. Wokół nie słyszeliśmy nic, tylko nasze przyspieszone oddechy. Droga zakręcała, zmieniając się z polnej w betonową. To tylko pomogło nam poruszać się bezszelestnie, ponieważ na zwykłej ścieżce kamienie i piach chrzęściły nam pod nogami.
Niespodziewanie znów dobiegło nas wycie. Tym razem tylko kilka metrów od nas, na granicy lasu. Odwróciliśmy się w tamtą stronę i ujrzeliśmy kilkanaście par żółtych ślepi ukrytych w mroku drzew. Patrzyły prosto na nas. Zamarłam z przerażenia. Obaj z Nathanem zesztywnieliśmy. Dopiero teraz zorientowałam się, że wiatr ustał zupełnie. Wytropiły nas po zapachu.
Nie byłam pewna, czy to, co widzę, jest snem, czy naprawdę stoję przed zgrają wilków czających się w cieniu i gotujących się do ataku. Jak na komendę usłyszeliśmy warkot, wydobywający się jakby chórem z wielu gardeł.
Spanikowałam i pod wpływem adrenaliny rzuciłam się drogą przed siebie. Nathan musiał się natrudzić, by mnie dogonić. Gdy udało mu się to zrobić, obaj popędziliśmy jak najszybciej przed siebie. Widziałam, że wilki biegną na skraju lasu, tym samym rytmem, co my. Ich oczy w dalszym ciągu błyskały złowieszczo w mroku. Przyspieszyłam kroku.
Nagle stało się to, czego najbardziej się obawiałam. Zwierzęta wybiegły z lasu, zagradzając nam drogę. Rozpędzeni, zatrzymaliśmy się z Nathanem za blisko nich. Warknęły, odsłaniając kły i kłapiąc śnieżnobiałymi zębiskami. Chłopak wystąpił naprzód.
- Schowaj się za mną.- polecił.
Z duszą na ramieniu cofnęłam się za niego. Przerażone serce jeszcze gnało, mimo, że już od kilkunastu sekund staliśmy w miejscu, zesztywniali ze strachu. Zwierzęta podeszły do nas, a my odsunęliśmy się. W tamtym momencie myślałam tylko o jednym: zagryzą nas. Skoczą i rozerwą na strzępy mnie i Nathana. Wilki podchodziły bliżej, widząc, że jesteśmy bezbronni. Nie mogliśmy nic zrobić. Tylko czekać. Z przerażenia zacisnęłam palce na ramionach chłopaka tak mocno, że aż zbielały mi kostki. Zamknęłam oczy, by nie patrzeć na to, co za chwilę się wydarzy.
Niespodziewanie usłyszałam... szczekanie! Dochodziło z lasu. Coś wielkiego i ciężkiego ku nam biegło, ocierając się o drzewa, łamiąc gałęzie oraz patyki i torując sobie drogę wśród krzaków. Zakotłowało się w cieniu i po chwili wypadło z gęstwiny drzew, tuż za nami. Krzyknęłam, widząc, że pędzi prosto na nas.
- Padnij!- krzyknął Nathan, a zwierzę zwinnie przeskoczyło nad naszymi głowami, lądując przed zgrają wilków, szczekając oraz warcząc.
Wataha, oniemiała, cofnęła się, a ja mogłam dokładniej przyjrzeć się zwierzu. Był ogromny, sięgał mi zapewne do pasa. Jego sierść była czarna. Moim zdaniem był to bernardyn, choć mogłam się mylić, bo było zbyt ciemno by zobaczyć szczegóły. Unosił się wokół niego czarny dym.
Wilki otrząsnęły się ze zdziwienia i zaczęły okrążać psa. Ten jednak nie dał się podejść. Obnażył kły i skoczył ku nic nie podejrzewającemu zwierzęciu. Usłyszeliśmy skomlenie i jeden z wilków popędził w las z podkulonym ogonem. Bernardyn odskoczył równie szybko jak zaatakował. Reszta watahy cofnęła się, zdezorientowana. Po chwili zwierzę zupełnie zniknęło mi z oczu. Słyszałam tylko skomlenie wilków, ujadanie, ostrzegawcze warczenie. Po jakimś czasie nie pozostało ani śladu po zwierzętach. Wszystkie, przestraszone, uciekły w las.
Staliśmy tak z Nathanem i dopiero teraz zauważyłam, że przytulamy się do siebie. Nie przeszkadzało mi to, choć trochę się zaczerwieniłam. Przerażenie jeszcze nie minęło, a serce nie zwolniło swego biegu, dalej tłukło się w piersi jak szalone. Wszystko stało się bardzo szybko. Jeszcze przed chwilą w śmiertelnym niebezpieczeństwie, teraz byliśmy już bezpieczni. Czy na pewno? Gdzie był pies, którego bały się nawet wilki?
Nathan odsunął się ode mnie. Ja z niechęcią także.
- Co to było?- spytałam, dalej oszołomiona.
- Nie wiem. Pierwszy raz widziałem coś takiego. Wcześniej nie było w tym lesie ani wilków, ani żadnych psów.- odparł.
- Nathan, chodźmy stąd, boję się, że wrócą.
- Racja.
Znów ruszyliśmy drogą przed siebie, tym razem przestraszeni, nerwowo rozglądając się na boki w poszukiwaniu niebezpieczeństwa. Niestety, nie minęło.
Nagle zmaterializował się przed nami bernardyn. Stanęliśmy jak wryci. Krzyknęłam cicho. Skąd on się wziął przed nami tak szybko?
Zwierzę mierzyło nas wzrokiem. Nie wyczułam, by było wrogo nastawione.
- Cassie, odsuń się.- powiedział Nathan.
Po tych słowach bernardyn warknął, odsłaniając kły. Zaczął do nas podchodzić. Wkurzyłam się. Odepchnęłam ramię Nathana i wyszłam wprost naprzeciw psa, tak, że jego pysk znajdował się niebezpiecznie blisko mnie.
- Odejdź!- krzyknęłam do niego.- Zostaw nas w spokoju! Idź sobie!
Zwierzę przez kilka sekund patrzyło na mnie nierozumiejącym wzrokiem, przekrzywiając łeb. Myślałam, że udało mi się w jakimś stopniu wyprowadzić je z równowagi. Byłam naiwna. Zwierzę wyprostowało się, naprężyło i skoczyło, kłapiąc zębami. Zakryłam rękami głowę. Poczułam, że jego kły zaciskają się na moim nadgarstku. Zawyłam z bólu, a przed oczami zatańczyły mi czerwone i czarne plamki. Kilka sekund później zwierzę zaskomlało i odskoczyło. Nathan podbiegł do mnie z kamieniem w ręce. Już wiedziałam, że pies oberwał skałą. Chłopak objął mnie ramieniem, a ja ścisnęłam swój nadgarstek dłonią, walcząc z bólem. Pies spojrzał na nas, i zauważyłam, co było dziwne, jakby się uśmiechał. Po chwili skłonił przede mną łeb i rozpłynął się w cień. Jeszcze przez chwilę staliśmy w miejscu, by upewnić się, czy nie wróci. Gdy po kilku minutach nic nie nastąpiło, Nathan odrzucił kamień, który potoczył się po drodze i zwrócił do mnie:
- Zranił cię?- spytał, dotykając mojej ręki.
Od razu zauważył dziury po zębach i krew ściekającą z głębokich ran. Oderwał brzeg swojego T-shirtu. Zacisnęłam zęby by nie krzyknąć, gdy skrawkiem swojej koszuli bandażował mi nadgarstek. Mimo to, z mojego gardła wydobył się jęk.
- Bardzo boli?
W jego oczach widoczna była ogromna troska.
- Wytrzymam- powiedziałam.- Co to było za zwierzę?
- Nie wiem, chyba ogromny pies. Nie rozumiem, dlaczego najpierw uratował nas przed wilkami, a później cię ugryzł.- Nathan spoważniał.- Może wrócić. Dasz radę biec?
Potaknęłam słabo głową. Zerwaliśmy się i popędziliśmy dalej krętą ścieżką. W głowie zaczęło mi pulsować, poczułam, że jest mi coraz cieplej, a moje serce przyspieszyło biegu jeszcze bardziej niż dotychczas. Być może to przez bieg, ale nie byłam tego pewna.
Po kilku minutach szaleńczego przełaju, dotarliśmy do samochodu terenowego. Deszcz bębnił o jego szyby. W mroku nie widziałam go dokładnie, ale wydawało mi się, że jest koloru pomarańczowego. Nathan otworzył drzwi i zaprosił mnie do środka. Chętnie wsiadłam do bezpiecznego pojazdu. Chłopak usiadł obok mnie. Włożył kluczyki do stacyjki i przekręcił. Usłyszeliśmy cichy warkot silnika. Nathan i ja po chwili odjechaliśmy.
- Kiedy w końcu powiesz mi o wszystkim? Co ja tu robię, ugryziona przez wilka, przeniesiona gdzieś za pomocą cienia, zmierzająca do miejsca, którego kompletnie nie znam?- pytałam.
- Nie jesteśmy do końca bezpieczni. Jeszcze trochę, Cassie. Dojedziemy na miejsce i wszystko ci opowiem.- powiedział, zaszczycając mnie swoim uwodzicielskim uśmiechem.
Przewróciłam oczami.
- Nawet nie liczę, ile razy dziś to powiedziałeś, a nadal nic nie wiem i nie jesteśmy na miejscu!
Nathan posmutniał.
- Już wkrótce.
Westchnęłam, mrucząc pod nosem niezbyt przyjemne słowa.
- Prześpij się. Szybciej minie ci czas.- zaproponował.
- Nie mam ochoty.
- Chociaż spróbuj. Tyle się dziś zdarzyło... potrzebujesz odpoczynku.
Pomyślałam, że być może to dobry pomysł. I tak na razie niczego się nie dowiem. Przytaknęłam więc, opierając głowę na oparciu fotela. Już po chwili oczy same mi się zamknęły, a bębnienie deszczu o szybę ukoiło mnie i osunęłam się w sen.
***
- Cassie, obudź się, musimy iść.
Usłyszałam ten głos jakby z oddali. Szepnęłam coś w stylu "jeszcze 5 min mamo, już wstaję", po czym poczułam delikatne szarpnięcie. Otwarłam oczy i aż podskoczyłam. Nie wiedziałam, gdzie się znajduję, jak się tutaj dostałam i dlaczego nie jestem w domu. Lecz po chwili, ocknąwszy się już zupełnie z mgielnej powłoki snu zasnuwającej mój umysł, wszystko sobie przypomniałam. Poczułam silny ból głowy. Było mi gorąco, a rana piekła niemiłosiernie. Nie wiedziałam, dlaczego tak jest i na razie postanowiłam nie martwić tym Nathana.
- Która godzina?- spytałam, ziewając i przecierając zaspane oczy.
- Nie wiem dokładnie, ale słońce już za chwilę powinno wzejść.
Rzeczywiście. Gwiazdy zaczęły blednąć, ale księżyc w pełni jeszcze świecił, choć jego blask osłabł. Horyzont coraz bardziej się rozjaśniał, najpierw delikatną szarością, później żółcią. Po deszczu nie było śladu. Ujrzałam przez przednią szybę, że jesteśmy w lesie. Wokół roiło się od sosen i świerków, ale dostrzegłam także buki i olchy. Krzaki i mech pokrywały praktycznie każdy skrawek gleby.
- Gdzie my jesteśmy?
- Na skraju Puszczy. To wielki i dziki obszar, pełen niebezpieczeństw.
- I ty chcesz mi powiedzieć, że mamy przez niego przejść?
- Oczywiście, że tak. Innej drogi nie ma.
- Proszę, nie chcę zostać zjedzona przez niedźwiedzia.
- Nie będziesz. Dopilnuję tego. Co z twoją ręką?
Zerknęłam na dłoń. Rana po zębach zwierzęcia wygięła się jakby w uśmiechu, imitując półksiężyc. Skóra naokoło niej była zaczerwieniona i spuchnięta. Pokazałam rękę Nathanowi. Syknęłam, gdy jej dotknął.
- Przepraszam.- mruknął.
- Mam nadzieję, że to zwierzę nie miało wścieklizny.- zapytałam, z lękiem.
- Musimy jak najszybciej dotrzeć do uzdrowiciela. Chodź, wysiadamy. Jesteśmy już bardzo blisko. Kilka kilometrów i dotrzemy do Kanionu.
- Dokąd?
- Zobaczysz.
Nathan i ja wysiedliśmy z samochodu. Zamknęliśmy za sobą drzwi. Spojrzałam na księżyc. Była pełnia. Niebo zaróżowiło się znacznie, a gwiazdy zblakły już zupełnie. Westchnęłam, wdychając rześkie powietrze po deszczu. Poczułam zapach sosen i kojący chłód na skórze.
Ni stąd ni zowąd moje serce przyspieszyło biegu. Było mi coraz cieplej. Własna skóra powoli zaczynała mnie parzyć. W uszach słyszałam dudnienie.
- Słyszysz mnie?- spytał Nathan, ściskając mnie za ramię.
Otrząsnęłam się i spojrzałam na niego. Wpatrywał się we mnie z niepokojem. Przytaknęłam, kłamiąc. W tym momencie słyszałam tylko szum. Czułam się coraz słabiej, a moja rana pulsowała, piekąc.
Nathan spojrzał mi w oczy.
- Jeszcze nigdy nie spotkałem takiej dziewczyny jak ty. Jesteś niesamowita... jak będziemy na miejscu, zabiorę cię na kolację, chcesz? Będziemy świętować twoje urodziny. Wypoczniesz i opowiem ci o wszystkim, odpowiem na każde twoje pytanie.
- Nathan, ja...- zaczęłam.
- O co chodzi?
Chwyciłam się ręką za głowę.
- Chyba źle się czuję.- odparłam, tracąc grunt pod nogami.
Widziałam i słyszałam wszystko jak przez gęstą mgłę. Nathan złapał mnie w ramiona, ratując przed upadkiem. Patrzył na mnie z lękiem i troską. Raz po raz wykrzykiwał moje imię. Nie mogłam jednak i nie potrafiłam mu odpowiedzieć. Po chwili zamknęłam oczy i zapanowała cisza.
___________________________________________________________________________________
Kolejny rozdział za mną ;) dziękuję za miłe komentarze pod postami - naprawdę motywują <3